PORWAŁ MNIE POLAK
Wszystko przemija. To wiemy na pewno. Co czeka nas po drugiej stronie granicy ? Wierzę, że dobrym ludziom spokój duszy będzie dany. Czy ja należę do tych dobrych ? Życie, chociaż trudne, trzeba przeżyć. Każdy, ja także, żył po swojemu. Drogę, którą otrzymałam trzeba przejść do końca. Nie wierzę, że o wszystkim decydujemy sami. Życiem kieruje przypadek, los, zbieg okoliczności. Teraz, gdy zbliżam się do tej niewidzialnej granicy, sięgam myślami wstecz. Myślę o dniach, latach, które przeżyłam. Czasami wydaje mi się, że to nie jestem ja, ta mała, chuda dziewczynka z ciemnymi włosami. Oczami widzącymi surowe życie w dalekiej Finlandii. Oczami, które większą część swojego życia rozkoszowały się życiem w nowej Ojczyźnie. Tutaj nie marzły mi ręce, jak wówczas, gdy zimą chodziłam do szkoły. Tutaj wiele rzeczy było innych.
Mieszkałam z mamą nad rzeką KIVIOJA. W drewnianym domu, w którym był jeden pokój i jeden, ogrzewający nas zimą, piec. Był zawsze ciepły, pachniał wiejskim chlebem i ciastem, które mamusia piekła. W przedpokoju skrzynia na odzież
i druga, mniejsza, na żywność. Mniejsza skrzynia, zimą, pełna była mrożonych borówek. W soboty mamusia rozmrażała dużą porcję, którą posypywałam cukrem i jadłam z apetytem.
Dzieciństwo moje płynęło spokojnie. Miałam to czego pragnęłam. Nie marzyłam o rzeczach nieosiągalnych, cieszyłam się tym co mam. Miałam lalki, kołyskę, którą zrobił mi wujek Matti. Mamusia nauczyła mnie szyć lalkom ubranka. Miałam harmonijkę na której uczyłam się grać. Dużo śpiewałam a potem słuchałam pochwał mamy. Niestety, nie wiedziałam jeszcze, że kompletnie pozbawiona jestem słuchu. To, że zostanę piosenkarką wiedziałam od momentu, gdy pierwszy raz w życiu usłyszałam muzykę w radio. Osobą, która jako jedna z pierwszych miała radio w domu była moja nauczycielka. Czasami zapraszała nas do domu, gdzie siedząc na podłodze, słuchaliśmy bajek. Po zakończeniu lekcji, gdy okno jej mieszkania było otwarte i słychać było muzykę, siadałam na brzegu ścieżki i słuchałam. Potrafiłam siedzieć i słuchać bardzo długo. O tym, że nie zostanę piosenkarką zorientowałam się po
stopniach z wychowania muzycznego. Były poniżej krytyki. Miłość do muzyki pozostała we mnie do dzisiaj. Podziwiam potrafiących grać czy też śpiewać. Niestety, nie wszystkim wspomniane zdolności są dane. W szkole, podczas różnych uroczystości, deklamowałam wiersze. Moje rysunki oglądać można było na wystawach szkolnych. Uczyłam sie dobrze, nikt nie musiał mi pomagać. Jedyny minus chodzenia do szkoły, to chłopcy. Dokuczali mi, przezywali „pchłą”. Wszystko z powodu chudych nóg i czarnych włosów. Większość to blondynki i blondyni. Ciemna karnacja to wyjątek, stąd docinki. Kiliki, o dwa lata starsza siostra, była uczennicą tej samej szkoły. Nie mieszkała wówczas z nami Była moim przeciwieństwem. Silna, uparta, nie bojąca się niczego. Broniła mnie przed chłopcami. Bali się jej, bo zawsze atakowała i biła pięściami tych, którzy mnie krzywdzili. Na przerwach międzylekcyjnych nie bawiła się z dziewczynkami tylko z chłopcami. Z nimi grała w piłkę, biegała. Chłopcy chętnie brali ją do swoich drużyn. Gdy pożegnała szkołę, zostałam sama. Czułam się samotnie, wiedziałam, że nikt mnie nie obroni
przed tymi, którzy dokuczali. W tym czasie szkoła zaczęła wydawać posiłki /kanapki, obiady/, dzieciom z biedniejszych domów. Moja mama zatrudniła się w charakterze kucharki. Byłam szczęśliwa z tego powodu i znów bezpieczna. Nie dostawałam kanapek ponieważ należałam do rodzin lepiej sytuowanych. Dostawałam od mamy płatki owsiane, które w szkole gotowała. Do tego cukier, porcję masła, mleko. Kanapki miałam z domu. Często wymieniałam je z siostrą na ciemny chleb, posmarowany grubo masłem, który był bardzo smakowity. Siostrze oddawałam białe pieczywo. Dobrze jeździłam na nartach. Potrafiłam nawet skakać. Pamiętam jedne zawody. Wyjechaliśmy na nie saniami. Dwie dziewczynki i trzech chłopców. Jedną z dziewcząt była moja skromna osoba. Było bardzo zimno a przy tym padał śnieg. Koń biegł szalenie szybko, pamiętam do dziś wesoło dzwoniące dzwonki. Po jednej z zakończonych konkurencji biegowych w której brałam udział, ogłaszano wyniki: Pierwsze miejsce zajęła Kirsti... W tym momencie serce moje zaczęło bić radośnie. Byłam z siebie ogromne dumna. Wierzyłam, że zostałam zwyciężczynią.
Niestety, nie wyczytano mojego nazwiska lecz konkurentki. Przeżyłam pierwsze w życiu rozczarowanie. Za zajęcie drugiego miejsca otrzymałam nagrodę, 3 marki fińskie. Mój pierwszy zarobek.
Lato na północy, to najpiękniejsza pora roku mimo, że bardzo krótka. Białe noce, pływanie w rzece, zbieranie jagód, kwiaty wodne, śpiew ptaków, żurawie... Często, przebywając na łące, trafiałam na ptasie gniazda. Widziałam złożone do wylęgu malutkie jaja. Mama zawsze mówiła, że nie wolno dotykać gniazd bo ptaszek będzie bał się do swojego domku wrócić. Przyjemność sprawiało mi obserwowanie latających szybko jaskółek. Kładłam się na trawie miękkiej jak aksamit i obserwowała.
Jesień to czas odlotu ptaków do ciepłych krajów. Na łące zbierało się ich tysiące. Często siadałam na kamieniu obserwując je. Siedziałam bardzo blisko, nie bały się mnie. Słuchałam ich mowy. Podziwiałam kormorany, które w podróż do cieplejszych krajów zabierały na grzbiecie swoje potomstwo Tak bardzo chciałam lecieć z nimi. Był jeden warunek. Musiała być ze mną mama.
Do dzisiaj pamiętam ptaka, który wznosił się bardzo wysoko i ciągle krążył wydając przy tym dziwny, taki smutny głos. Pytałam mamy jak nazywa się ten ptak. Odpowiedziała, że „STARA PANNA”. Do dzisiaj nie wiem jaka była jego rzeczywista nazwa. Pierwsze narty dostałam, nie zimą, nie. Dostałem jesienią, gdy pierwszy raz szłam do szkoły. Wykonał je wujek Matti. Na tych nartach jeździłam zimą do szkoły. Niezastąpiony wujek Matti zrobił także dwie wędki, którymi z siostrą po zajęciach szkolnych, łowiłyśmy ryby. Wędkowaniem zajmowali się także chłopcy. Mieli oni swoje miejsca, gdzie wędki chowali. Najczęściej była to stara stodoła. Kilikki znała ich schowki. Pewnego dnia, po zajęciach szkolnych, kazała mi biec za sobą. Nie chciała powiedzieć dlaczego. Biegłyśmy bardzo szybko.. Zatrzymałyśmy się przy starej szopie. Tam kazała mi obserwować czy chłopcy nie idą. Sama powyciągała ich wędki i połamała. Gdy zakończyła, wzięłyśmy swoje wędki i zaczęłyśmy łowić jakby nigdy nic. Okropnie się bałam, że chłopcy zorientują się, że to ona i ją zbiją. Całe szczęście, że nie pomyśleli, że to siostry sprawka. Zdziwieni byli zdarzeniem, ale przez myśl
im nie przeszło, że sprawczyni szkody to moja siostra. Do dzisiaj nie wiem dlaczego to zrobiła. Pamiętam jej spokojną twarz i odpowiedź, że nie wie kto to zrobił.
Zima to Boże Narodzenie, gwiazdka, prezenty, słodycze, choinka, mróz, śnieg, lód. Mile wspominam każdą gwiazdkę. Przychodziła Kiliki. Pamiętam mróz, który spowodował głębokie zamarznięcie rzeki. Wodę mieliśmy z topionego śniegu. Każdego dnia trzeba było palić w piecu aby było ciepło. W końcu zabrakło suchego drewna a mokre nie chciało się palić. Gdy sytuacja stawała się niebezpieczna, mama powiedziała, że idziemy po drzewo do pieca. Nie pytałam dokąd, poszłam za mamą. Szłyśmy dość długo. W końcu zatrzymaliśmy się przed szopą wykonaną z belek, w której przechowywane było siano. Mama wyciągnęła jedną belkę dla mnie a dwie dla siebie . Wracałyśmy do domu ciągnąć je za sobą. Pamiętam, że była wówczas piękna, księżycowa noc. Pamiętam też ciepło, które ogarnęło pokój po rozpaleniu pieca.
Czasami bardzo chciałam mieć ojca. Mama tłumaczyła, że nie ma ojca. Później dowiedziałam się i zrozumiałam dlaczego tak jest. Dostawałyśmy od niego paczki a w nich zabawki, ubranka i listy z zapytaniem jak chowają się dziewczynki. Co miesiąc przysyłał czek, dzięki któremu nigdy nie byłyśmy głodne i miałyśmy się za co ubrać. Podczas jednego z wyjazdów do Oulu, miasta położonego 45 km od mojego miejsca zamieszkania, mama zabrała mnie do sklepu, gdzie kupiła mi płaszcz z futrzanym kołnierzem, skórzaną czapkę wykończoną futrem. Nawet nauczycielka podziwiała mój nowy płaszcz. Siostra i ja byłyśmy zawsze ładnie ubrane. Niedaleko domu była duża, wilgotna łąka. Sąsiad, pan w podeszłym wieku, który był jej właścicielem, często łąkę kosił. Wjeżdżał na nią koniem ciągnącym kosiarkę. Pewnego razu podniósł mnie, wziął na kolana i jeździliśmy razem. Byłam najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Miałam ojca. Już wcześniej zwracałam się do niego „tatuś”. Nigdy ‘dziadek, zawsze „tatuś” Wspólne koszenie łąki i ja na jego kolanach upewniły mnie tylko w przekonaniu, że tak jest rzeczywiście.
Mimo, że siostra często mi dokuczała, bawiłam się z nią. To ona, gdy miałam 5 lat, nauczyła mnie czytać. Potem miała już swoje koleżanki. Nie chodziłyśmy razem na spacery czy pływać. Płakałam często, że nie mogę wyjść z nią i jej koleżankami, że muszę pozostać w domu z mamusią. Potem, gdy zaczęłam chodzić do szkoły, miałam już swoje koleżanki. Szczególnie Inga, dziewczyna mała i otyła, mieszkająca po drugiej stronie rzeki była mi bliska. Inga bardzo szybko biegała. Gdy jej nie było, uwielbiałam bawić się lalkami.
Wczesne lata to także nauka szydełkowania oraz robótki na drutach. Uczyła mnie mamusia. Gdy poszłam do szkoły, dziewiarstwo nie było dla mnie tajemnicą. Bardzo lubiłam i do dzisiaj lubię prace szydełkowe.
Babci prawie nie pamiętam. Miałam 4 lata, gdy umarła. Bardzo dokładnie pamiętam śmierć dziadka. Zmarł około 7 rano. W dniu pogrzebu otwartą trumnę wystawiono na podwórzu, na wysokim podwyższeniu. Dookoła udekorowana była palącymi się świeczkami. Było mi smutno, ale
nie płakałam. Po pogrzebie wszystko się zmieniło. Dzieci dziadka podzieliły spadek. Ziemię , pomieszczenia gospodarcze sprzedano. Pozostał stary koń, którego dziadek trzymał tylko dlatego aby mógł dokończyć żywota w miejscu gdzie całe życie pracował. Była dyskusja co z koniem zrobić. Większość chciała aby konia pozostawić. Jedna z sióstr nie zgodziła się. Konia sprzedano Cyganowi. Po pewnym czasie ktoś doniósł, że Cygan znęca się nad koniem. Bije, zmusza do określonych zachowań. Nie mogła pogodzić się z tym ciocia, która domagała się sprzedaży konia. Męczyło ją sumienie. Konia odkupiono. Zapewniono mu spokojną starość. Po śmierci dziadków mamusia moja została gospodynią w rodzinnym domu. Mieszkał z nami mamy brat, Matti. Wujka bardzo kochałam. Często brał mnie na kolana, kupował cukierki. Był kawalerem. Po pewnym czasie wybudował domu w miejscowości Ritokorpi, 3 km od naszego miejsca zamieszkania. Zamieszkała z nim Kilikki. Po pewnym czasie wróciła, nie chciała tam mieszkać , ale mama nie zgodziła się. Uważała, że siostra powinna u Mattiego pozostać i pomagać
w gospodarstwie. Bardzo mamę prosiła, ale ta była nieugięta. Musiała wrócić . Mieszkała tam do momentu gdy się ożenił. To był początek wojny, mamusia sama prosiła ją o powrót. Kilikki była z tego powodu bardzo zadowolona. Wracając ze szkoły spotkałam mamę z nieznanym mi panem. Przedstawiony mi został jako przyszły mąż mamy i mój ojciec. Miałam wówczas prawie 16 lat a mimo to, nie rozumiałam zaistniałej sytuacji. Nie mogłam zrozumieć jak mama, bardziej ode mnie może kochać kogoś obcego. Bardzo to przeżywałam. Mama tłumaczyła, że gdy będę starsza to zrozumiem jej postępowanie. Sprzedany został nasz rodzinny dom i po ślubie przeprowadziliśmy się do męża mamy. Był wdowcem, i jak się potem okazało, wspaniałym człowiekiem. Lubił mnie, ja jego. Uczył mnie jeździć konno. Posiadał gospodarstwo rolne. Wiek 16 lat, to wiek w którym się dojrzewa, ma się różne myśli. Niestety, nie mogłam z nikim porozmawiać na nurtujące mnie tematy. Mama na ten temat nigdy ze mną nie rozmawiała, nie uświadamiała. Gdy zostałam kobietą, cale popołudnie, przestraszona, siedziałam w szopie, na
sianie. Dopiero później, koleżanka powiedziały mi, że tak właśnie ma być. To właśnie brat koleżanki, starszy ode mnie, zaproponował mi spotkanie. Koleżanka namawiała mnie abym się zgodziła. Umówiliśmy się na godz. 18-tą, na moście. Pojechałam nowym, ładnym, rowerem. Czekał już. Zaproponował spacer. W pewnym momencie chwycił mnie za rękę. Reakcja moja była gwałtowna. Rękę wyrwałam z jego dłoni tak gwałtownie, że podskoczył przestraszony. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę umawiając się na kolejne spotkanie w niedzielę. Nie mogłam doczekać wieczoru, pojechałam wcześniej. Jego jeszcze nie było. Czekałam długo, nie przyszedł. Pomyślał chyb, że z taką głupią dziewczyną, nie warto tracić czasu. To było moje pierwsze miłosne rozczarowanie. Krótko potem miałam pierwszą komunię, poprzedzoną 6-tygodniowym uczęszczaniem na religię. Pastor był bardzo miłym człowiekiem. Pamiętał moją siostrę, która na religię uczęszczała dwa lata wcześniej. Do jednych zajęć nie byłam przygotowana. Polecił abym została po lekcjach i nadrobiła zaległości. Dodał przy tym, że jestem taka jak siostra, która gdy
przyszła do szkoły umiała wszystko a po dwóch tygodniach nie umiała nic. Do komunii dziewczynki przystępowały w czarnych sukniach a chłopcy w czarnych garniturach. To dlatego, że trwała wojna. Przyjmując komunię, nie mogłam powstrzymać łez. Powoli zaczynało się moje dorosłe życie.
Mieszkańcy miast, gdzie brakowało wszystkiego, przyjeżdżali na wieś kupować żywność. Pewien restaurator, który kupił u nas cielaka, zaproponował mi pracę. Powiedział mamie: Ta panienka mogłaby u mnie pracować – Mama wyraziła zgodę. Cieszyłam się bardzo na samą myśl, że będę miała swoje pieniądze. Miałam też obawy, czy dam sobie radę. Do podjęcia pracy szykowałam się tydzień czasu. Po cielaka restaurator przyjechał samochodem. Z małą torbą siadłam na tylnym siedzeniu. Cielaka załadowano do bagażnika. Wyruszyłam w stronę dorosłego życia. Obawialiśmy się kontroli policji, gdyż nie wolno było handlować żywnością. Na szczęście nie było problemów. Pracę rozpoczynałam w kuchnie. Pracowałam z dwoma dziewczynami, z których Vieno była od nas dużo
starsza. Obsługiwała gości. Mieszkałam na miejscu. Uszyto mi ładny kostium (czarna spódniczka z żakietem i biała bluzka z kokardą pod szyję). Wyglądałam bardzo ładnie, byłam szczęśliwa. Krótko potem rozpoczęłam pracę jako kelnerka. To właśnie wówczas usłyszałam, że mam ładne oczy, że jestem ładna. Oglądałam się potem w lustrze dziwiąc się, co we mnie widzą. Nie jeden raz miałam propozycję spaceru czy wyjścia do kina. Nie wyrażałam zgody. Do kina chodziłam w południe, gdy miałam wolne. Lokal zamykano o godz.21. Jednego wieczoru, po zamknięciu restauracji, postanowiłam z koleżanką odwiedzić kawiarnię czynną do 22 i tam wypić herbatę. Poszłyśmy. Siedzimy, rozmawiamy, popijamy herbatę. W pewnym momencie wchodzi dwóch policjantów. Sprawdzają dokumenty gości kawiarni. Ja nie mam. Nie wiedziałam, nie miałam pojęcia, że jest taki obowiązek. Miasto, choć nie tak duże, było dla mnie nieznane. Nie wiedziałam jakie ciążą na mnie obowiązki. Na wsi byłam wolna. Mogłam chodzić gdzie chce i kiedy chcę. Nikt o nic mnie nie pytał. Po stwierdzeniu, że nie mam dokumentów, policjant zabrał mnie na
komisariat. Byłam przerażona. Koleżanka z którą byłam w kawiarni, widząc co się dzieje, pobiegła do właścicielki restauracji w której pracowałam i powiedziała co się stało. Ta wykonała telefon informując policję gdzie mieszkam, gdzie jestem zatrudniona i w jakim charakterze. Policjant kazał wracać do domu. Następnego dnia zobaczyłam go w restauracji, był gościem lokalu. Chciał się ze mną umówić. Nie zgodziłam się chociaż był wysokim przystojnym mężczyzną. Bardzo przeżyłam wczorajsze zdarzenie. Wstydziłam się całej sytuacji chociaż nie czułam się winna. Na osiemnaste urodziny, które obchodziłam 11 listopada dostałam osiemnaście papierowych róż. Była wojna, nie można było kupić naturalnych kwiatów. Byłam szczęśliwa. Wydawało mi się, że jestem bardzo dorosła, mimo, że prawo do pełnoletniości mogłam mieć od 21 roku życia.
Na okres Bożego Narodzenia restaurację zamknięto. Po raz pierwszy mogłam pojechać do domu. Miałam pieniądze za, które nie mogłam nic kupić. W końcu udało mi się ojczymowi kupić skórzane rękawiczki z jednym palcem. Mamie
kupiłam porcelanowe filiżanki. Na zewnątrz mroźno, dużo śniegu a w domu rodzinnym ciepło, przytulnie. Mama wydawała mi się bardzo zmęczona, przygnębiona. Okazało się, że ojczym miał długi, które w całości spłacone zostały z mamy pieniędzy spadkowych. Zostało także na budowę nowego domu i obory. Kilikki w tym czasie wyjechała na południe Finlandii podejmując pracę w fabryce. Krótki po tym wyszła za mąż za wojskowego. Odwiedzili mnie latem. Siostra była tak ładna, że aż właścicielka restauracji podziwiała jej urodę. Podałam im obiad, za który zapłaciłam. Potem miałam wolne. Poszliśmy do parku, gdzie rozmawiając doczekaliśmy czasu w który, Kilikki z mężem wsiedli do pociągu i wrócili w swoje strony. To był okres gdy zaczynały topić się śniegi. Zbliżała się wiosna i bombardowania. Pamiętam pierwsze. Przeżyła to bardzo. Wszyscy uciekli do piwnicy. Po powrocie zastaliśmy dom bez szyb. Podczas wolnego popołudnia poszłam do kina. W trakcie seansu syrena ostrzegła przed nalotem. Widzowie schowali się w piwnicy, ja natomiast uciekłam do domu. Miałam szczęście. Następnego dnia dowiedziałam się, że kino zostało
zbombardowane. Latem miałam dwa tygodnie urlopu. Pojechałam na południe Finlandii odwiedzić siostrę, która spodziewała się dziecka. Byłam u niej dwa dni. Wróciłam do mamy pomagać w sianokosach. Zatrudnieni do żniw pracownicy nocowali w szopie, na ścianie. Ja zresztą też. Łąka znajdowała się nad ogromną zatoką. Nie było widać drugiego brzegu. Siadałam tam wieczorami i rozmyślałam o tym jaki Świat jest duży. Zastanawiałam się czy kiedykolwiek będę mogła podróżować. Kąpałam się. Było cudownie. Po powrocie do pracy, współpracownicy zaskoczeni byli moją opalenizną. Opalenizna nie była wówczas mile widziana, ale podziw koleżanek był, tak myślę, szczery.
W chwilach wolnych od pracy niejednokrotnie szłam na skraj miasta. Rosły tam bardzo wysokie sosny. Roślinność nie była tak bogata. Powoli zaczynała się tundra. Nuciłam piosenkę: Ścieżką w kierunku tundry sama idę w dal. Wspominam ukochanego, który z drugiej strony tundry tą samą drogą
wędruje. Marzę o spotkaniu, o wspólnym spacerze ścieżkami tundry...
Myślę, że marzyłam wówczas o poznaniu kogoś bliskiego. W restauracji stał gramofon. Pewnego wieczoru słuchałam muzyki wymieniałam płyty. Obok mnie stanął wojskowy oficer. Niby słuchał a cały czas patrzył mi w oczy. W pewnym momencie położył swoją dłoń na mojej. Zawstydziłam się, zarumieniłam, przestraszyłam tej sytuacji. Przez ciało przeszedł dreszcz Wyszarpnęłam dłoń i uciekłam do kuchni. Wieczorem, gdy już byłam w łóżku, myślałam o tej sytuacji. Doszłam do wniosku, że była całkiem przyjemna. Myślałam też o letnim urlopie, minionych białych nocach, które w północnej Finlandii są najpiękniejsze. W przeciwieństwie do zimy, która ciągnęła się w nieskończoność, uwielbiałam fińskie lato, niestety trwające zbyt krótko.
Nadszedł dzień w którym właściciel restauracji poinformował personel, że sprzedał lokal. Oświadczył przy tym, że zatrudnienie mamy zagwarantowane, że nie musimy nigdzie
odchodzić. Zdecydowałem się jednak na podjęcie pracy w hotelu. Po rozmowie wstępnej zostałam przyjęta na praktykę. Musiałam uszyć granatowy fartuszek z kieszeniami i białym kołnierzem. Udało mi się kupić materiał a krawcowa zrobiła resztę. Praca moja polegać miała na pomaganiu czterem kelnerkom, które miały uczyć mnie obsługiwania klientów a ponadto raz w tygodniu obowiązane były wypłacać mi po 20 marek każda. Zamieszkałam u swoich byłych pracodawców w zamian za opiekę nad ich dziećmi. Byłam bardzo zadowolona a nawet szczęśliwa, że tak pozytywnie wszystko się ułożyło. Zadowolona byłam z pracy. Nie była ciężka dla moich młodych nóg, chociaż biegałam z sali do kuchni i z powrotem nosząc ciężkie tace. Ponadto do moich obowiązków należało zanieść obiad właścicielce restauracji. Robiłam to każdego dnia. Bardzo podobało mi się jej mieszkanie. Zastanawiałam się czy kiedykolwiek będę mieszkała w tak wspaniałych warunkach. Jak na razie spałam na ławie w kuchni co nie było wygodne. Myłam się w hotelu Wyżywienie było dobre. Byłam najmłodsza więc na każde śniadanie dostawałam 0,5l. kartkowego mleka, które
wypijałam jednym haustem. To było moje śniadanie Na obiad jadałyśmy mięso z różnymi dodatkami. Mimo, iż żywność była na kartki, w restauracji nie brakowało jedzenia. Na kolację nie jadłam nic, ale nie odczuwałam głodu.
Podczas jednego z dyżurów, starsza koleżanka pełniąca funkcję kierownika sali poinformowała mnie, że jeden z gości restauracji, wysoki blondyn, oficer wojska, powiedział, że jest mną zauroczony, że pragnie się ze mną umówić. Pokazała mi go. Faktycznie, przystojny. Gdy wychodziłam z pracy, czekał już na mnie. Poszliśmy w kierunku rzeki w której topiłam się podczas letniej kąpieli. Nie mogłam poradzić sobie z wirem, który uniemożliwiał dopłynięcie do brzegu. Uratował mnie nieznany mężczyzna. Do dzisiaj nie wiem kto to był. Jestem wdzięczna. Bez jego pomocy, nie dałabym sobie rady. Na brzegu rzeki chciał mnie pocałować. Nie pozwoliłam. Wówczas powiedział, że myślał, iż jestem inna. Nie rozumiałam o czym mówi. Pożegnałam się i wróciłam do domu. Kolejny raz widziałam go na uroczystości weselnej koleżanki
z pracy. Byłam zaproszona. Na tę okazję założyłam nową, czerwoną sukienkę, którą kupiłam wcześniej ale nie miałam okazji aby ją mieć na sobie. Oglądał się za mną, błądził wzrokiem. Udawałam, że go nie widzę. Po powrocie do domu, właścicielka mieszkania powiedziała mi, że widać moją halkę. Teraz nie wiem, czy oglądał się za mną czy moją halką.
W pracy było coraz grzej. Starsze koleżanki nie wywiązywały się z umowy, nie wypłacały mi moich należności. Taki stan rzeczy trwał około roku. Gdy zostałam zawodową kelnerką, było znacznie lepiej. Do restauracji przychodzili klienci z zasobnymi portfelami. Jako przyuczająca się do zawodu, nie mogłam brać od nich napiwków. Nawet gdy brałam, oddawałam natychmiast starszej koleżance.
Pewnego wieczoru koleżanka z kuchni powiedziała, że w porcie jest statek, który zabiera ochotników do pracy w Niemczech. Osoby poniżej 20 lat muszą mieć zgodę rodziców. W jednej chwili postanowiłam, że pojadę. Marzyłam o wielkim świecie. Nie zdawałam sobie sprawy z istniejącej
sytuacji. Nie znałam się na polityce. Wiedziałam, że jest wojna, że Rosjanie chcą zdobyć moją ojczyznę a Niemcy pomagają naszym żołnierzom w walce o niepodległość. Nikt nigdy nie mówił, nigdzie nie pisało o zbrodniach, które mieli na sumieniu. Mówiło się tylko o Rosjanach, których bomby niszczyły nasze miasta. Nikomu o wyjeździe nie mówiłam. Nawet mamie. Wiedziałam, że nie wyrazi zgody na mój wyjazd. Zgodę na wyjazd wystawiła w imieniu mojej mamy, koleżanka z pracy, wtajemniczona w mój plan. Po południu poszłam do portu. Miałam przy sobie mały bagaż, dowód osobisty i „zgodę” na wyjazd. Nas statek przyjmował Niemiec w mundurze. Spojrzał na „zezwolenie”, na mnie i powiedział „bleib bii mutter” (wracaj do matki). Zrozumiałam, uczyłam się niemieckiego. Powiedziałam, ze chce wyjechać. Dał mi klucz od kabiny. Siadłam na taborecie. W dalszym ciągu nie wiedziałam, nie zdawałam sobie sprawy, że źle robię. Kierował mną los. Byłam zmęczona. Umyłam się i położyłam spać. W pewnym momencie słyszę pukanie do drzwi. Na pytanie kto i w jakiej sprawie, słyszę, że zaszła konieczność ponownego sprawdzenia
dokumentów. Otworzyłam drzwi, w których stał ten sam Niemiec, który wpuszczał mnie na statek. Zgwałcił mnie. Byłam przerażona. Ja, która marzyłam o wielkiej i pięknej miłości przeżyłam coś strasznego. Czy tak miało być ? Podobno istnieje wyspa szczęśliwych. Chyba za daleko pojechałam jej szukać. Znienawidziłam mężczyzn.
Następnego dnia spotkałam innych Finów, którzy wyruszyli do Niemiec w poszukiwaniu pracy. Przeprowadziłam się do kajuty dwóch innych dziewcząt z których jedna wyszła za Niemca a płynęła w odwiedziny do jego rodziców. Rano, trzeciego dnia rejsu wyszłam na brzeg obcego kraju. Jestem sama, pośród obcych ludzi z okropnym przeżyciem, które spotkało mnie na statku. Zrobiło mi się bardzo przykro. Chciałam wracać. Niestety, nie było takiej możliwości.
W porcie dostałam skierowanie do pracy oraz bilet kolejowy do nowego miejsca zamieszkania i adres pod który miałam się udać. Dojechałam do małego miasteczka. Zamieszkałam u starszej pani, którą do dzisiaj mile wspominam. Pracę rozpoczęłam w przędzalni włóczki. Miałam nauczyć się
obsługiwać maszyny. Praca nie była ciężka. Najbardziej dokuczał głód. Staruszka u której mieszkałam dawała mi dwie kromki chleba z marmoladą, które zjeść miałam podczas śniadania w fabryce. Nigdy tak nie było. Chleb jadłam w drodze do pracy. Majstrem w fabryce był starszy Niemiec. Żona przynosiła mu obiad, którym dzielił się ze mną. Każdego dnia jadłam drobiowe mięso, bo on z żoną hodowali na działce drób. Za pracę płacono mi 10 – 15 marek tygodniowo. Za mieszkanie płaciłam 10 marek tygodniowo. Ponadto oddawałam kartki żywnościowe. Czasami na kolację dostawałam placki ziemniaczane. Bywało, że nie otrzymałam nic. Właścicielka mówiła, że nie ma jedzenia .
Niedaleko miejsca zamieszkania był duży budynek zamieszkały przez wojsko. Pewnego dnia, idąc rano do pracy, podszedł do mnie żołnierz, dał mi połowę chleba, puszkę ze smalcem i mięsem. Byłam zdziwiona jego zachowaniem. Powiedział, że widzi mnie każdego dnia jak idę do pracy. Wie, że nie mam dużo jedzenia, że na pewno jestem głodna. Podziękowałam. Postanowiłam, że
wszystko zjem sama. Wracając z pracy, nie udałam się do domu tylko schowałam się za drzewem. Tam znalazłam kamień, którym otworzyłam puszkę. Wystarczyło aby palcem dostać się do smalcu i mięsa a następnie posmarować ułamany kawał chleba. Zjadłam dużo a to co zostało schowałam pod drzewo. W domu poczułam się bardzo źle, bolał mnie brzuch, wymiotowałam. Zdawałam sobie sprawę z przyczyn takiego stanu, jednak staruszce nie powiedziałam. Zrobiła mi herbatę ziołową i trochę mi przeszło. Rano poszłam do pracy. Dom w którym mieszkali żołnierze był pusty. Pomyślałam, że wyjechali na front. Nie byłam więcej w swojej „spiżarni”. Pomyślałam sobie, ze ja już najadłam się do syta, że teraz mogą najeść się koty.
Po pewnym czasie otrzymałam propozycję zamieszkania w innym miejscu, gdzie właścicielką była pani z dwójką małych dzieci. Jej mąż zginął na froncie. Zgodziłam się. Było tam o tyle lepiej, że miałam więcej jedzenia. Było też weselej. Od właścicielki mieszkania otrzymałam propozycję wynoszenia włóczki z fabryki. Zbliżała się zima a jej
dzieci nie były do tej pory roku przygotowane. Wiedziałam, że jest to zabronione, ale zgodziłam się. Kolorową włóczkę wynosiłam w torbie. Miałam szczęście bo nikt mnie nie kontrolował. Nie uważałam tego za kradzież. Dzieciom zrobiłam na drutach rękawiczki i swetry.
Pierwsza wigilia w Niemczech przepłakałam. Myślałam o mamie, domu i losie, który mnie spotkał. Nie mogłam mieć do nikogo pretensji. Sama wybrałam
Dni mijały monotonnie. Dom, praca, dom, praca. Jedna z wypłat była większa od pozostałych. Postanowiłam zjeść bez kartkowy obiad. Udałam się do restauracji. Zamówiłam ziemniaki z kiszoną kapustą. Jadłam z apetytem. W pewnym momencie zauważyłam, że obserwuje mnie żołnierz w lotniczym, mundurze. Zaczepił mnie gdy wychodziłam. Przedstawił się (Karl miał na imię) i zaproponował pójście do kina. Zgodziłam się. Sala była prawie pusta. Po filmie odprowadził mnie do domu. Zauważyłam, że był smutny. Żegnając się zapytał czy zgodzę się na spotkanie następnego dnia. Zgodziłam się. Zastanawiałam się potem skąd
u mnie tyle odwagi. Nie odczuwałam przed nim lęku mimo, że pamiętałam to co spotkało mnie na statku. O planowanym spotkaniu powiedziałem właścicielce mieszkania. Zaproponowała abyśmy przyszli do domu. Tak też się stało. Rozmawialiśmy we trójkę. Opowiadał, że jest na krótkim urlopie, że za kilka dni wraca na front. Gdy się żegnał, zapytał czy zgodzę się na spotkanie za cztery dni o godzinie 18, przed domem. Wyraziłam zgodę. Gdy wyszłam, nie było go jeszcze. Dopiero potem zauważyłam, że stał oparty o drzewo. Był smutny. Mówił, że nie ma czasu, musi zaraz wracać bo jutro wyruszają na front. Nie rozmawialiśmy długo. Pocałował mnie a ja pomyślałam, że mogłabym go polubić. Powiedział, że nie ma nikogo bliskiego na świecie oprócz mnie. Wcisnął do mojej kieszeni kopertę prosząc abym wzięła. Powiedział, że nie wie czy wróci. Po powrocie do domu kopertę otworzyłam. Było w niej 300 marek i jego zdjęcie.
Następnego dnia poprosiłam w fabryce o godzinę wolnego. Dostałam. Poszłam na dworzec, chciałam go jeszcze zobaczyć. Stanęłam na peronie. Po pewnym czasie wyszedł z wagonu. Uśmiechnęłam
się do niego. Był jak zawsze poważny. Staliśmy trzymając się za ręce. Nie mówiliśmy nic. W pewnym momencie ścisnął moje dłonie mocniej. Odwrócił się i poszedł do wagonu. Powiedziałam:- Do widzenia – Nie odpowiedział nic, nie odwrócił się. Wsiadł do pociągu i więcej go nie widziałam. Bardzo dużo myślałam o nim. Nie otrzymałam od niego żadnej wiadomości. Po pewnym czasie, wracając z pracy, zaczepiona zostałam przez żołnierza, który, powiedział, że zna mnie, że jest kolegą Karla. Przekazał mi smutną wiadomość. Karl zginął podczas walki. Zrobiło mi się ogromnie smutno. Zastanawiałam się dlaczego nie dane było mu żyć. Zrozumiałam dlaczego był smutny, poważny. Myślę, że wiedział jak wojna się dla niego skończy. Mimo ogromnego smutku, nie płakałam
Była już wiosna mimo, że było zimno. Za oknami, dzień i noc, wozami konnymi, na piechotę z tobołkami w rękach, maszerowali ludzie uciekając przed Rosjanami. W radio bez przerwy podawano komunikaty o zbliżającym się rosyjskim froncie. Pani u której mieszkałam zaproponowała
abym uciekała także. Skontaktowała mnie z małżeństwem, które wyjeżdżało samochodem. Zgodzili się zabrać mnie ze sobą. Wyjechaliśmy rano. Uciekaliśmy w kierunku frontu amerykańskiego. Widziałam bombardowane miasta, ogromne zniszczenia. Z powodu zniszczonych kanalizacji, auto pchaliśmy przez wodę zalewającą ulice. W końcu dotarliśmy do małego miasteczka. Tam zakwaterowano nas w szkole gdzie spaliśmy na podłodze. Następnego dnia zrozumiałam, że moja dalsza podróż autem kończy się właśnie w tym miasteczku. Udałam się do punktu ewakuacyjnego Otrzymałam gorący posiłek bilet kolejowy z informacją, że mama wysiąść w miejscowości Grimma. Tak też zrobiłam. Blisko stacji był mały hotelik. Tam zostałam zakwaterowana. Umyłam się i położyłam spać. Byłam bardzo zmęczona. Usnęłam natychmiast. Następnego dnia wyszłam szukać pracy. Bardzo szybko zaproponował mi pracę ogrodnik. Była wiosna, pracy w ogrodnictwie było dużo. Zgodziłam się na warunki z tym, że postanowiłam zorientować się czy nie ma pracy w jakiejś restauracji. Byłam przecież kelnerką. Poszłam do
właściciela hotelu. Po kilku pytaniach zgodził się na moje zatrudnienie w charakterze kelnerki. Jednego kelnera już mieli. Był to wysoki, chudy Czech. Miał narzeczoną Niemkę. Była tego samego wzrostu co ja. Bardzo miła. Nie miałam wymaganego stroju więc ona firmowe ubranie mi sprezentowała. Nie chciała żadnych pieniędzy. Prosiła tylko o papierosy, jeżeli będę miała. Okazja trafiła się szybko. Jeden z moich klientów, po zjedzeniu obiadu wyszedł z lokalu zostawiając paczkę papierosów na stole. Cieszyłam się, że mogę Niemce odwdzięczyć się za strój.... W hotelu miałam swój mały pokój, gdzie spałam, odpoczywałam w chwilach wolnych od pracy. Miałam z Czechem jednakową ilość stolików do obsłużenia. Już po kilku dniach moje stoły były zawsze pełne gości, jego stały raczej puste. Złościł się na mnie, był zazdrosny. Nie wiedział jak mi dokuczyć, to pewnego poranka rozłożył dla mnie tylko trzy stoły. Nie martwiłam się bo wiedziałam, że zarobię dużo z kieszonkowego, które otrzymywałam od gości. Najczęściej byli to niemieccy oficerowie przebywający na urlopach wypoczynkowych czy zdrowotnych. Gdy
przychodzili pytali, które stoliki są moje. Jeżeli były zajęte, niezadowoleni siadali do stolików obsługiwanych przez Czecha. Szef chwalił mnie, że od momentu mojego przybycia do hotelu i podjęcia tam pracy, obroty restauracji bardzo się zwiększyły. Wiedziałam, że szef i jego żona lubią mnie. Okazywali mi to wiele razy. Tylko ich córka była o mnie zazdrosna. Obawiała się, że odbiję jej narzeczonego, który w tamtym czasie przebywał w domu lecząc wojenne rany. Szefowa także miała w tym względzie obiekcje. Zapytała się mnie nawet czy podoba mi się Franek. Odpowiedziałam, że nie bo jest gruby i mały. Od tego momentu temat Franka nie był poruszany
Amerykanie zbliżali się bardzo szybko. Wiele nocy przesiedzieliśmy w piwnicy. Słychać było silniki samolotów, wybuchające bomby. Nie bałam się. Ogarnęła mnie apatia. Nie widziałam dla siebie przyszłości. Nawet o domu nie myślałam. Było mi obojętne co się stanie. Nie miałam marzeń. Często dokuczał głód. Na śniadanie kromka chleba z marmoladą. Na obiad ziemniaki z kapustą. Na kolacje kromka chleba z twarogiem. W kuchni
pracowała Niemka i dwie Rosjanki. Zaczynały pracę o 6, ja natomiast o 9. Przychodziłam tam rano, to Rosjanki „częstowały” mnie porcją gotowanych ziemniaków. Pewnego dnia szef zrobił awanturę mówiąc, że wieczorem jest pełny garnek ziemniaków przygotowanych na następny dzień a rano połowa. Od dnia awantury nie odważyłam się jeść tych ziemniaków. Na stole był zawsze krojony chleb, kostka masła i marmolady. To był posiłek sprzedawany wyłącznie na kartki. Raz nie wytrzymałam, sięgnęłam po kromkę chleba i kostkę marmolady. Schowałam pod fartuch i poszłam do ubikacji zjeść. Nie uważałam, że popełniłam grzech. Gdybym wzięła kostkę masła, to tak, ale marmolada i kromka chleba to nie kradzież i nie grzech. Tak wówczas myślałam. Z biegiem czasu nauczyłam się okradać Niemców z kuponów żywnościowych. Gdy zbliżał się koniec miesiąca a Niemiec miał jeszcze dużo kuponów kasowałam go podwójnie. Na początki, gdy zamawiał i na końcu gdy kończył posiłek. Gdy zwracał mi uwagę, że kupon żywnościowy wzięłam wcześniej, nie przyznawałam się do tego. Udawałam, że szukam w kieszeni. Oczywiście nigdy
nie znalazłam. Najczęściej stwierdzali, że pewnie zgubiłam. Kiwali z politowaniem głową i pozwalali na kolejne pobranie kuponu. Żywność kupowałam u Niemki pracującej w kuchni. Najczęściej chleb twarogiem. Ona też nie miała dużo, ale miała lepiej ode mnie bo pracowała w kuchni. Przez kilka dni w hotelu mieszkała kobieta z dzieckiem. Pokazała mi piękną suknię mówiąc przy tym, że dostała od męża, który przebywał we Francji. Koniecznie chciałam tę sukienkę mieć. Nie chciała sprzedać. W końcu udało mi się ją przekonać. Zapłaciłam 300 mk i sukienka była moja. To było dużo pieniędzy. Niestety nic za nie, nie można było kupić. Byłam szczęśliwa, że mogłam kupić chociaż tę sukienkę. Prosiła mnie bardzo abym o naszym handlu nikomu nie mówiła. W sali restauracyjnej wisiał bardzo duży portret Hitlera. Pewnego dnia ściana była pusta. Portret zniknął.
Po kilku dniach okazało się, że miasto poddało się amerykanom bez jednego wystrzału. Zamknięto wszystkie urzędy. Hotel i restaurację w której pracowałam, także. Widziałam przez okno amerykańskie czołgi, żołnierzy amerykańskich.
Naprzeciw hotelu, po drugiej stronie ulicy mieściła się cukiernia. Widziałam przez okno jak właściciel cukierni, Niemiec, wychodził do Amerykanów z pełną blachą ciasta, częstował ich. W tym, okresie nie było cukru, nie było nic słodkiego., a ja tak bardzo pragnęłam zjeść coś słodkiego. Widząc, że posiada ciasto, poszłam do cukierni prosząc o sprzedanie czegokolwiek, byle było słodkie. Niemiec odmówił. Odmowę uzasadnił brakiem kartki żywnościowej. Od Amerykanów kartek nie żądał, ode mnie tak.
W latach dziewięćdziesiątych byłem z Kirsti w Grimma. Szukaliśmy hotelu, cukierni o której wyżej. Nie była pewna czy rozpoznała miejsca. Po zakończeniu poszukiwań udaliśmy się do kawiarni. Kirsti poprosiła o ciastko. Nie chciała kawy mimo, że kupiłem. Obserwowałam jak je. Było w tym coś dziwnego. Nie wiedziała, że obserwuję. W pewnym momencie powiedziała do siebie: -I TAK ZJEM !– Nie wiedziałem o co chodzi. Teraz wiem. Zbyszek
Wszyscy pracownicy restauracji i hotelu zostali zwolnieni z pracy. Mnie nie zwolniono. Myślę, że byłam lubiana przez ludzi u których pracowałam. Traktowali mnie jak córkę. Pewnego dnia otrzymałam klucz od piwnicy. Miałam przynieść kakao. To co tam zobaczyłam wprowadziło mnie w ogromne zdumienie. Było tam wszystko co dusza zapragnie, czekolada, kakao, wiele rodzajów suszonych wędlin, cukierki. Nie wzięłam nic, nawet jednego cukierka. Zaczynałam jadać przy jednym stole z właścicielami. Szefowa coraz częściej piekła placki.. Pewnego wieczoru kolacja składała się z chleba, kakao i masła.
Po kilku dniach od przybycia żołnierzy amerykańskich, do hotelu przyszedł jeden z nich. Powiedział po niemiecku, że hotel ma być pusty bo zamieszkają w nim żołnierze amerykańscy. Pokoje w hotelu przedzielone były cienkimi ściankami wyklejonymi tapetami. W jednym z takich pomieszczeń spałam. Przychodziłam do pokoju po zakończeniu pracy. Szłam cicho, aby nikt nie słyszał. Nie chciałam aby amerykanie wiedzieli, że tutaj śpię. Usypiałam już gdy usłyszałam, że ktoś
stara się otworzyć drzwi. Zerwałam się z łóżka, założyłam na siebie płaszcz i schowałam za zasłoną. Do pokoju ktoś wszedł, zapalił latarkę, potem włączył światło. Rozglądał się po pokoju. Gdy mnie zauważył, próbowałam uciec. Złapał mnie i powiedział, łamanym niemieckim, że w hotelu mieszkają nie tylko biali żołnierze ale także kolorowi i mam się zdecydować co wolę. Zostać z nim czy iść do nich. Drżałam ze strachu, łzy płynęły mi z oczu. Klęknęłam u jego stóp prosząc aby mnie nie krzywdził. Patrzył na mnie zastanawiając się co zrobić. Chyba zrobiło mu się mnie żal. Podniósł mnie z podłogi, wyciągnął z kieszeni dwie konserwy oraz grubą, dużą tabliczkę czekolady. Położył na stole a sam siadł na krześle. Po chwili poszedł. Do rana siedziałam za szafą. Gdy zaczęło się przejaśniać poszłam do kuchni. Tam okazało się, że szef z rodziną nocował w kuchni . Nie wiedziałam o tym. Przekonana byłam, że mieszkają w pokojach hotelowych. Powiedziałam co przeżyłam. Problem rozwiązał się sam. Amerykanie tego samego dnia opuścili hotel a ja zabrałam się za sprzątanie po nich. Następnej nocy nie musiałam nocować w hotelu.
Przeniosłam się do znajomych właścicieli hotelu. Mogłam u nich nocować za darmo. Wychowywali 4letniego syna. Pewnego dnia , po obiedzie, chłopak wyszedł z matką na spacer. Myłam naczynia gdy podszedł do mnie mąż właścicielki i zaczął mnie całować. Zaczęłam krzyczeć : - nie, nie !!!.- i odepchnęłam napastnika mocno. Chyba zbyt mocno bo mało się nie przewrócił. Wyszedł z kuchni i poszedł do miasta. Nie mówiłam o zdarzeniu żonie, nie chciałam robić jej przykrości Następnego dnia najemczyni wypowiedziała mi pokój. Przeprosiła mnie mówiąc, że na zamieszkanie z nimi nie zgadza się jej mąż. Wróciłam do hotelu, który w dalszym ciągu był zamknięty.
Dowiedziałam się, że w miejscowości Manhaim jest zgrupowanie obcokrajowców. Pojechałam tam z nadzieją, że spotkam finów z którymi będę mogła wrócić do domu. Jechałam cały dzień pociągiem. Wieczorem byłam na miejscu. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie noga, która bardzo spuchła. Jedna pani zaproponowała abym udała się po pomoc do ośrodka medycznego dla
obcokrajowców. Tak też zrobiłam. Założono mi kompres na nogę i kazano zostać w ośrodku. Opiekował się mną młody belgijski lekarz. Miał tam praktykę lekarską.
Brałam okłady i po trzech dniach opuchlizna zeszła. Do dzisiaj nie wiem co to było. Podczas pobytu w szpitalu zauważyłam, że ten młody lekarz zaczyna się mną interesować. Wypytywał skąd jestem, gdzie mam zamiar pojechać itd. Tam, gdzie przebywałam, nie było Finów. Dowiedziałam się, że są w miejscowości Mosbach. Miałam zamiar tam pojechać, ale on odradzał. Prosił abym została, że mi pomorze. Zaproponował abym pomagała w szpitalu. Odmówiłam, nie byłam przecież pielęgniarką. Powiedział, że mnie nauczy . Zgodziłam się więc. Tak naprawdę, nie miałam gdzie iść a tam ,nie było źle. Miałam swoje łóżko, zapewnione jedzenie. Po około dwóch tygodniach zapytała Belga co ze mną dalej będzie, gdzie mam się udać, czy pomoże tak jak obiecał. Zaproponował rozmowę po pracy. Udaliśmy się na spacer. Po pewnym czasie siedliśmy na ławce. Chwycił mnie za rękę. Spojrzałam na niego.
Zrozumiałam, że jest we mnie zakochany. Był sympatyczny, miły, uprzejmy, ale nie odpowiadał mi. Poprosił abym nigdzie nie wyjeżdżała, abym z nim została. Stwierdził, że niedługo zakończy praktykę i zostanie lekarzem. Zaproponował wyjazd do Belgi a potem ślub. Mówił, że będzie mi dobrze w jego kraju. Nie wyraziłam zgody. Było mi go żal. Wydawał się być silnym mężczyzną a był bliski płaczu. Rozstaliśmy się bez słów. Leżąc w łóżku myślałam o tym, że spotykają mnie w życiu jedynie przykrości. Postanowiłam wyjechać do Mosbach. Chciałam jeszcze raz dać sobie w życiu radę. Następnego dnia, rano, usłyszałam na korytarzu krzyki wzywające pomocy, proszące aby go ratować. Przestałam na to zwracać uwagę. Zaczęłam się pakować, gdy zapukano do moich drzwi. Był to jeden z lejarzy, który poprosił mnie do swojego gabinetu. Byłam trochę zdziwiona. Myślałam, że dzięki „mojemu” Belgowi otrzymam propozycję opuszczenia szpitala. Okazało się, że byłam w błędzie. Belg próbował popełnić samobójstwo. Gdy się o tym dowiedziałam zaczęłam krzyczeć, że to nie moja wina. Zaczęłam się trząść. Uspokoiły mnie leki, które otrzymałam.
Lekarz, który poprosił mnie do siebie powiedział, że jest we wszystkim zorientowany. Dziwił się, że nie wyraziłam zgody na zostanie z Belgiem. Mówił o jego zaletach, o karierze jaka przed nim. Prosił abym udała się do Belga i wyraziła zgodę na zostanie z nim. Zgodziłam się. Leżał w łóżku, miał bladą twarz. Gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się. Wyraził zadowolenie, że przyszłam. Powiedział, że mnie kocha i zapytał czy z nim zostanę. Obiecałam. Zaproponowałam aby odpoczywał bo jest zmęczony. Sama też wyraziłam chęć odpoczynku. Umówiliśmy się na dzień następny. Po przyjściu do pokoju, spakowałam walizkę a wieczorem cichutko wyszłam na ulicę i udałam się na dworzec kolejowy. Przesiedziałam tam całą noc gdyż pociąg do Mosbach był dopiero rano.
W Mosbach udałam się do biura meldunkowego gdzie skierowano mnie do obozu międzynarodowego a tam ulokowano mnie w jednym z pokoi baraku zamieszkałego przez pięć dziewcząt. Była ciepła woda, prysznic. Traktowano nas jak wojskowych. Dwa razy dziennie apel a o 22-giej cisza nocna. Ponadto ogrom zajęć,
najczęściej sportowych. Było wesoło. Cały czas myślałam o powrocie do domu. Pewnego dnia udałam Się do Czerwonego Krzyża z prośbą aby wyznaczono mnie do wyjazdu, określono termin itd. Spotkałam tam rodaka, który był tłumaczem amerykańskiego oficera. Odradzał mi wyjazd. Proponował abym poczekała jeszcze. Mówił, że na drodze jest jeszcze wiele min, że trasa wiedzie przez Związek Radziecki, że nie jest to trasa bezpieczna. Zostałam. Życie w obozie biegło bardzo szybko. Otoczona byłam Polkami, które dużo śpiewały. Po pewnym czasie śpiewałam z nimi. Zaprzyjaźniłam się z Janiną, mieszkanką Krakowa. Chodziłyśmy razem na potańcówki, gdzie uczyłam się tańczyć. Miałam trzech adoratorów. Uwodzili mnie. Podobali mi się chociaż nie miałam do nich zaufania. Byli zbyt agresywni. Jednego wieczoru, gdy spacerowałam sama przed barakiem, jeden z nich próbował mnie uderzyć. Udało mi się uciec. Widocznie ktoś zauważył całe zdarzenie bo zameldował o tym komendantowi. Napastnik dostał trzy dni aresztu. Od tego czasu omijał mnie z daleka. Na zabawy przestałam chodzić, gdy okradziono mnie z pieniędzy. Po kilku
dniach wezwano mnie do komendantury gdzie zwrócono mi pieniądze. Komendant powiedział abym dbała o swoją własność. Nic więcej na temat kradzież nie usłyszałam. W obozie było trzech komendantów. Pewnego dnia koleżanka powiedziała mi, że jeden z nich chciałby się ze mną poznać. Zgodziłam się pod warunkiem, że przyjdę z koleżanką. Następnego dnia o godz.11 udałyśmy się do jego baraku. Przyjął nas w swoim pokoju. Zauważyłam, że było tam wszystko na swoim miejscu. Przede mną stał wysoki, przystojny, starszy ode mnie mężczyzna. Od razu poczułam zaufanie do tego człowieka. Był to polski oficer, który podczas wojny dostał się do niewoli. W chwili poznania był jednym z komendantów obozu. Miał na imię Witek. Zaczęliśmy się spotykać. Każdego dnia chodziliśmy na spacery. Do znajdującego się obok obozu sadu. Był bardzo opiekuńczy, traktował mnie po ojcowsku. Imponowało mi to u niego. Jak już wcześniej wspomniałam, o godz. 22 musiałyśmy być wszystkie w łóżkach. Często sprawdzano czy tak jest rzeczywiście. Oczywiście sprawdzał Witek z innymi. Spałam na górnym łóżku. Podczas jednej
z kontroli, Witek odwrócił się do mnie tyłem i rzucił na moje łóżko torebkę z kilkoma gruszkami. Gdy wyszli z pokoju, pochwaliłam się dziewczynom, że otrzymałam od niego gruszki. Ugryzłam jedną i z obrzydzeniem wyrzuciłam. Myślałam, że jest zgniła. Nie mogłam zrozumieć jak mógł coś takiego zrobić. Dopiero dziewczyny powiedziały , że gruszki są bardzo dobre i że nie są zepsute tylko dojrzałe. Nigdy wcześniej nie jadłam gruszek, co najwyżej jabłka lub pomarańcza. Gdy zostałam przekonana co do dobrych intencji Witka, postanowiłam zjeść gruszkę. Niestety, wszystkie zostały zjedzone przez koleżanki z pokoju. Jedząc tłumaczyły mi, że owoce są dobre. W obozie nie było głodu. Jedzenia było pod dostatkiem. Nawet kawa, czekolada. Wszystko było zorganizowane. Plan dnia wypełniony do ostatniej minuty. Marsze, śpiewy, przedstawienia. Śpiewał także Witek. Śpiewał o smutnej dziewczynie, która marzyła o szczęściu.
Pierwszych polskich słów nauczył mnie Witek. Tłumaczył mi, że jeżeli ktoś mnie będzie zaczepiał, mam powiedzieć: - Spier...laj, nie bądź bezczelny-. Skutkowało. Faceci byli zdziwieni, że znam Polski.
Po trzech miesiącach od poznania się Witek powiedział, że mnie kocha. Powiedziałam prawdę, że go lubię, że czuję się dobrze w jego towarzystwie
Od Amerykanów Witek otrzymał motocykl z przyczepą. Jeździliśmy na wycieczki. Pewnej niedzieli powiedział, że jedzie do kolegi. Zaproponowałam, że też pojadę. Nie chciał się zgodzić. Uśmiechał się, kręcił coś. Zakończyło się tak, że nie pojechał w ogóle. Poszliśmy na spacer podczas, którego powiedział, że mnie Klocha. Zapytał czy zostanę jego żoną. Wiedziałam, że muszę powiedzieć tak. Wiedziałam, że mam swojego opiekuna. Wieczorem nie mogłam zasnąć. Myślałam o jego wyznaniu i mojej twierdzącej odpowiedzi. Byłam przekonana, że zrobiłam dobrze. Myślałam, że razem wyjedziemy do Finlandii i tam będziemy wieść szczęśliwe życie.
Graliśmy w świetlicy w ping ponga, gdy Witek zapytał mnie czy jestem taka biała jak piłeczka od gry. Wówczas zaczęłam opowiadać swoje przeżycia. Organizacją ślubu zajął się Witek. Zorganizował mi piękną białą suknię z welonem.
Potem był urząd stanu cywilnego w Mosbach i kościół katolicki znajdujący się przy obozie. Wesele z orkiestrą w świetlicy obozowej. Poczęstunek zorganizowany przez amerykanów, dla wszystkich gości a było ich wielu.
Teraz ,mogliśmy wyjechać gdziekolwiek chcieliśmy. Bardzo dużo osób wyjechało do Australii a ja planowałam powrót do Finlandii. Myślałam, że tam podejmiemy decyzję gdzie zamieszkamy potem. Witek był innego zdania. Mówił, że pojedziemy do Polski a dopiero potem do Finlandii. Miałam wówczas 18 lat, zgodziłam się. Był moim mężem, którego z każdym dniem kochałam coraz bardziej.
KAŻDY KTO SPADNIE ZA HORYZONT MARZEŃ ZNAJDZIE SIĘ W SYTUACJI, Z KTÓREJ NIE MA POWROTU GDYŻ NASTĄPI KONIEC MARZEŃ
Wracaliśmy wagonem towarowym. Wraz z nami jechało 10 osób. Dłuższy postój mieliśmy w Pradze. Witek wyszedł na peron. Nie było Go pewien czas. Bałam się, że nie wróci, bałam się o przyszłość. Sama, daleko od domu.
Niepotrzebnie się bałam. Gdy wrócił miał dla mnie coś do picia. Polskę zobaczyłam po dwóch dniach podróży. Na granicy z Polską wszyscy wysiedliśmy z wagonu. Zostaliśmy wylegitymowani. Był tam zorganizowany punkt powracających do Polski. Dostaliśmy jedzenie a następnie bilet upoważniający do dalszej jazdy na terenie Polski.
Czułam się bardzo źle, było mi niedobrze. Będący na miejscu lekarz zbadał mnie i powiedział, że jestem w ciąży. Dalsza podróż odbywała się w wagonie osobowym polskiego pociągu. Miejsce docelowe to miejscowość Kobylin. Tam mieszkała rodzina męża, czyli rodzice, trzy siostry i brat. Przywitano nas bardzo ciepło. Ojciec męża pracował na kolei i mieszkał w budynku kolejowym. Zakwaterowaliśmy się na strychu tego budynku. Witek od pierwszego dnia zaczął szukać pracy. W pierwszej kolejności zwrócił się do instytucji wojskowych. Pragnął pracować w wojsku, taki był jego zawód. Niestety, komisji rekrutacyjnej przewodniczył oficer rosyjski. Nie wyraził on zgody na zatrudnienie w wojsku męża.
Powiedział : Przedwojennych żab nie potrzebujemy-.
W końcu pracę otrzymał. Zatrudnił się w nadleśnictwie w charakterze sekretarza. Do pracy dojeżdżał rowerem. Dziesięć kilometrów w jedną stronę. Zarobione pieniądze szły na nasze utrzymanie. Towar był na kartki. Z Niemiec przywieźliśmy dużo konserw, mleka w proszku, mydła. Bardzo dużo mydło sprzedała teściowa a ja pragnęłam aby mieć czym myć i kąpać moje dziecko. Mlekiem w proszku karmiła świnie, które hodowała. Często pachniało mlekiem, ale nigdy nie poprosiłam aby dała mi choć trochę się napić. Ona sama nigdy nie zaproponowała mi mleka chociaż dobrze wiedziała, że kobieta w poważnym stanie potrzebuje produktów nabiałowych.
W wolne popołudnia, po pracy, chodziliśmy z Witkiem na spacery do lasu. Rozmawialiśmy wyłącznie po Niemiecku dlatego też nie mogliśmy swobodnie porozumiewać się będąc wśród ludzi. Polacy doznali dużo krzywd od Niemców i m.inn z tych powodów nienawidzili tego języka. Po Niemiecku rozmawiała mama męża oraz brat,
który z zawodu był nauczycielem. Podczas jednego ze spacerów natrafiliśmy na malinowy krzew. Nie znałam malin. W Finlandii nigdy ich nie widziałam. Co najwyżej mogłam w sklepie kupić jabłka, pomarańcza oraz inne owoce pochodzące z ciepłych krajów. Witek zaproponował aby zjadła. Pomógł mi nawet rwać. Zjadłam dużo, być może także z robakami. Efekt był taki, że wieczorem zrobiło mi się niedobrze. Dostałam gorączki, wymiotowałam. Od tej pory nie mogę jeść nawet dżemu malinowego. To okropne uczucie pozostało mi do dnia dzisiejszego.
Po pewnym czasie brat męża, który wobec mnie był zawsze bardzo uprzejmy wyjechał do Kalisza. Podjął tam pracę w charakterze nauczyciela. Po roku czasu zawarł związek małżeński z nauczycielką.
Miał tylko trzy kilogramy. Mijał dzień za dniem. Marzyłam o niezależnym mieszkaniu. O tym abym mogła zamieszkać tam tylko z Witkiem. Nie spodziewałam się, że nastąpi to tak bardzo szybko. Na prośbę mamy poszłam wykopać młode ziemniaki. Nie wiedziałam jak to
się robi. Wyrywałam całe krzaki zamiast wyłącznie ziemniaki. Było to powodem dużej awantury. Teściowa, gdy zauważyła co robię nakrzyczała na mnie. Usiłowała mnie uderzyć. Zdążyłam się uchylić i płacząc uciekłam. Poszłam w kierunku z którego Witek wracał rowerem, z pracy. Byłam już w lesie, połowie drogi do Witka pracy, gdy nadjechał. Płacząc opowiedziałam co mnie spotkało. Po powrocie do domu, mąż kazał mi iść do naszego pokoju a sam udał się do mamy. Słyszałam kłótnię, ale nie rozumiałam z tego nic bo nie umiałam zbyt dużo po polsku. Potem zaległa dłuższa cisza po której wrócił Witek. Powiedział, że mamy mieszkanie. Mieszkaniem tym był jeden pokój w starym domu a w nim piec umożliwiający gotowanie, bieżąca woda oraz wc na podwórzu. Zaczęła się przeprowadzka. Z Niemiec mieliśmy żelazne łóżko z materacami, amerykańską pościel. Nie było stołu ale mieliśmy walizki, które stół zastępowały. Uczyłam się gotować. Nie bardzo umiałam a przy tym wszystkiego było brak.. Mąż po pracy chodził na polowanie. Strzelbę pożyczał od nadleśniczego, który wiedział, że jest to niezgodne z przepisami ale przymykał oko na ten
proceder. Sam też kłusował gdyż miał na utrzymaniu żonę i pięcioro dzieci. W ten sposób, co jakiś czas miałam na obiad zająca, kuropatwę. W międzyczasie zmieniliśmy mieszkanie na większe. Otrzymaliśmy pokój z kuchnią na poddaszu budynku mieszczącego się tuż przy cmentarzu. Z uwagi na pochyłość dachu nie wszędzie można było stać w pozycji wyprostowanej. Miałam za to pożyczony stół i dwa krzesła. Prawie codziennie byłam świadkiem pogrzebu. Po jednym z polowań, Witek zbyt długo nie wracał. Nigdy tak nie postępował. Zaczęłam się bać, obawiałam się najgorszego, płakać mi się chciało. W takiej scenerii, trzęsąc się ze strachu oczekiwałam męża. Wreszcie usłyszałam na schodach ciężkie kroki i jakby ktoś ciągnął coś na górę. Bałam się otworzyć aby zobaczyć kto idzie. Wreszcie pukanie do drzwi i prośba: Kirsti otwórz-. Otwieram a tam Witek z zastrzelonym jeleniem na plecach. Ucieszyłam się bardzo, że w końcu mój kochany wrócił do domu. Nie mógł przyjść wcześniej. Bał się wracać z jeleniem na plecach w biały dzień. Obawiał się milicji dlatego czekał w lesie do zmroku. W tym czasie bardzo wcześnie
przyszły mrozy. Lodówek nie było więc cielaka, po oczyszczeniu, Witek powiesił na strychu. Tej samej nocy mięso zamarzło. Było co jeść. Brak tłuszczu uniemożliwiał smażenia mięsa, gotowałam więc zupy. Mama nie odwiedzała nas nigdy. Gdy dowiedziała się, że mamy jelonka przyszła. Zapytała czy może otrzymać trochę mięsa. Powiedziałam aby poszła na strych i ukroiła sobie kawałek. W ten sposób zostałam najlepszą synową.
Z czasem dowiedziałam się, że Witek miał narzeczoną, córkę bogatego rolnika. Wszyscy byli pewni, że się z nią ożeni. W okresie gdy mieszkaliśmy u mamy, siostra tej narzeczonej przyjechała do mamy dowiedzieć się czy to prawda, że Witej jest już żonaty. Pamiętam jej wizytę, ale nie rozumiałam rozmowy, nie wiedziałam o co chodziło. Później Witek mi powiedział, że jak byliśmy w Niemczech miał jechać do niej. Podczas wojny przebywała tam na przymusowych robotach. Ja podobno byłam przeszkodą przez którą nie pojechał.
Zbliżał się dzień mojego rozwiązania. Podświadomie czułam, że coś się stanie. Obudziłam męża. Przestraszył się bardzo i pobiegł po akuszerkę. Ona powiedziała, że coś jest nie tak i trzeba mnie zawieźć do szpitala w Krotoszynie. W Kobylinie szpitala nie było. Nie mieliśmy czym się dostać. Najszybszą podróż gwarantowała dorożka. Tak też, wraz z mamą, udaliśmy się w 10 kilometrową podróż. Jeszcze nie wiedziałam co mnie czeka. Przyjął mnie lekarz i zakonnica, która była zarazem pielęgniarką. Podczas przerwy w bólach podała mi prawdziwą kawę. Nie wiem skąd miała bo w sklepach nie można było jej kupić. Minął cały dzień, noc a moje dziecko nie chciało przyjść na świat. Rano przyszedł lekarz z żoną, także lekarzem. Dostałam narkozę. Gdy się obudziłam byłam w szpitalnym łóżku. Zobaczyłam stojących lekarzy. Zapytałam czy mam dziecko, na tyle umiałam już po polsku. Lekarz kazał przynieść dziecko abym mogła zobaczyć. Pamiętam jeszcze dziś jaki był malutki . Miał długie włosy i takie bardzo miękkie policzki. Nie widziałam koloru oczu bo były zamknięte. Przygarnęłam dziecko z całą duszką do siebie i zasnęłam. Jak obudziłam się
dziecka już nie było, ale zaraz przynieśli mi je do karmienia. Ważył tylko trzy kilogramy. Po południu przyjechał z kwiatami mąż. Poród był kleszczowy co spowodowało, że twarz dziecka była wykrzywiona. Ja tego nie zauważyłam. Dla mnie był najpiękniejszym dzieckiem na świecie. Lekarze uspakajali mówiąc, że wszystko wróci do normy. Tak też się stało. Po pewnym czasie Witek powiedział mi, że nie mógł zrozumieć dlaczego został przez Boga ukarany tak brzydkim dzieckiem. Chrzest był bardzo uroczysty. Ja do kościoła nie mogłam jeszcze iść ale w domu był uroczysty obiad, który przygotowała mam. Oczywiście ze zwierzyny upolowanej przez męża.
Uczyłam się być mamą. Często brałam syna na ręce, kołysałam, patrzałam jak śpi a spał ciągle. Chciałam aby zaczął się do mnie uśmiechać. Podczas jednej z kąpieli położyłam go na stole, ręczniku. Odwróciłam się aby wziąć pieluchę gdy usłyszałam miękki stuk. Odwróciłam się i zobaczyłam golutkiego syna leżącego na podłodze. Nie płakał. Wzięłam go ostrożnie na ręce. Bałam się złamań. Nie zaobserwowałam
żadnych objawów, ale zdarzenie to nie dawało mi spokoju. Poszłam do lekarza. Zapytałam czy mogę mówić po niemiecku. Zgodził się. Poprosiłam aby zbadał czy z chłopcem jest wszystko dobrze. Nie powiedziałam co się stało. Syn był trochę gimnastykowany a potem usłyszałam diagnozę, że dziecko jest zdrowe. To nie jedyny brak matczynego doświadczenia. Trzymałam syna na kolanach a sama jadłam chleb z twarogiem. Patrzył na mnie, myślałam, że też chce jeść. Dałam mu trochę do buzi a Ion zjadł. Potem położyłam go spać. Po około godzinie zaczął bardzo głośno płakać. Byłam zdziwiona bo nigdy nie płakał. Nie wiedziałam co robić. Pobiegłam do mamy, która odwinęła kocyk i zobaczyła, że dziecko ma brzuch jak balon. Co mu dałaś jeść- spytała. Bałam się przyznać, że dałam kawałek sera bo on miał dopiero miesiąc . Skłamałam mówiąc, że dostał tak jak zawsze, mleko. Mama stwierdziła, że mleko musiało być stare. Zaczęła masować brzuszek synka, który zaczął puszczać bąki jaka stary chłop i przestał płakać. Nie miałam nigdy możliwości przebywania z małymi dziećmi. Książek na ten temat, pisanych po polsku, nie umiałam czytać.
Z Finlandią nie miałam kontaktu. Dopiero później dochodzić zaczęły listy. Dostałam książkę na temat opieki nad dziećmi. Dostałam też książkę kucharską. Przecież nie umiałam nawet gotować.
Pierwszy list dostałam od mamy. Był to smutny list. Bardzo płakałam. Mamie było Smutno, że jestem tak daleko, że nie możemy się spotkać. List od siostry był bardzo przykry. Nie mogła zrozumieć, że pojechałam w daleki świat nic nikomu o swoich planach nie mówiąc. Miała rację. Jednak nic i nikt mojej decyzji nie mógł zmienić. Miałam już swój świat a był nim synek i mąż. Pewnego dnia, po pracy mąż zakomunikował mi, że jedziemy na ziemie zachodnie, że otrzymał tam pracę w nadleśnictwie oraz, że dostał mieszkanie. Sprawy związane z nowym zatrudnieniem i przeprowadzką załatwiała żona leśniczego u którego Witek pracował a której rodzice tam mieszkali. Wieś do, której się przenieśliśmy nazywała się Przyborów. Położona była blisko Nowej Soli. Jechaliśmy pociągiem. Dziecko, owinięte poduszka, trzymałam na kolanach. Na dworcu czekał jakiś leśniczy, który wozem konnym
wiózł nas jakieś 4 km. Na miejscu czekali na nas mama i ojciec żony nadleśniczego z Kobylina. Mieli duży, piękny dom pozostawiony przez Niemców. Oświadczyli, że do momentu aż Nadleśnictwo nie zorganizuje nam nowego lokum mieszkać będziemy u nich. To byli bardzo dobrzy ludzie. Gospodyni uczyła mnie gotować, upiec ciasto, prać. Po trzech miesiącach otrzymaliśmy do zamieszkania cały dom, który znajdował się blisko tego w którym dotąd mieszkaliśmy. Na dole dwa pokoje z umeblowaniem pozostawionym przez Niemców. Na górze identycznie. Była nawet łazienka. Co lepsze rzeczy zostały przez Polaków wyniesione. Synek miał już swoje łóżeczko my trochę później znaleźliśmy sypialnię. Nie było tylko szafy, ale ładna toaleta i dwa nocne stoliki. Mężowi udało się kupić mały, spacerowy wózek dla dziecka którego ciągle odpadało jedno kółko. Wiesiu zaczynał już chodzić więc razem chodziliśmy do lasu gdzie zbierałam jagody. Las był zaraz za domem. Próbowałam go uczyć zbierać jagody ale jemu bardziej podobały się jagody z mojego koszyka. W końcu sam wyglądał jak jagoda, tak był ubrudzony.
W nadleśnictwie mąż pracował jako sekretarz, jednocześnie był kasjerem. Pieniędzy nam nie brakowało, ale trudno było coś kupić. Nawet mleka dla dziecka brakowało. Nowa Sól oddalona była od wioski 3 km. Dowiedziałam się, że na tamtejszym targowisku można było wszystko sprzedać i kupić. Poszłam tam wraz z Wiesiem. Podeszłam do jednej gospodyni, która sprzedawała kozę. Zapytałam czy ta koza daje mleko. Powiedziała, trochę po polsku, trochę po niemiecki, że tak. Kozę kupiłam, przywiązałam do wózka – spacerówki i udałam się w drogę powrotną do domu. Przechodziliśmy obok nadleśnictwa, gdzie pracował mąż. Okno miał od strony drogi. Gdy mnie zobaczył, wybiegł szybko a za nim pozostali pracownicy. Chcieli mnie zobaczyć jak wyglądam z tą kozą. Okazało się, że zrobiłam dobry interes. Nauczyłam się doić kozę i Wiesiu miał tyle mleka ile chciał.
Wiosną następnego roku mąż otrzymał kolejne przeniesienie do kolejnego nadleśnictwa. Byłam wówczas w ciąży z drugim dzieckiem. Przeprowadziliśmy się do miejscowości Przytok
położonej blisko Zielonej Góry. Do zagospodarowania otrzymaliśmy cały dom. Miałam kozę biegającą luzem i wyjadającą sąsiadom z ogródka co lepszą zieleninę. Sąsiedzi mieli o to pretensję. Starałam się jej pilnować choć czasami uciekała i nie mogłam jej znaleźć. Kiedy wracała wieczorem, stawała na schodach do kuchni, patrzała w okno i wołała: meee, meeee. Gdy wychodziłam z domu, szybko biegła do swojej szopy gdzie nocowała. Kupiłam kurczaki, które tak szybko urosły , że jesienią miałam już jajka dla Wiesia. Nie wiedziałam tylko, że małemu dziecku można dać jedno jajko tygodniowo a ja dawała czasami trzy dziennie. Chłopak zaczynał dostawać wysypki na buzi i szyi. Poszłam z nim do lekarz a ten pyta mnie czym dziecko karmię. Mówię prawdę, że kaszką, mlekiem kozim i często trzema jajkami dziennie. Spojrzał na mnie i powiedział, że tak to jest gdy dziecko ma dziecko. Przypisał maść, a mimo to na szyi zrobił się wrzód. Musieliśmy zawieźć syna do szpitala gdzie wrzód został wycięty. Wiesiu był bardzo osłabiony, ale nie płakał. Następnego dnia było wszystko dobrze, był bardzo wesoły.
W sąsiedztwie mieszkało starsze małżeństwo, które miało adoptowaną córkę. Mąż jej, żołnierze niemiecki, zginął na froncie. Gdy jechałam do szpitala w Zielonej Górze, urodzić drugie dziecko, ona opiekowała się Wiesiem. Poród przebiegał prawidłowo, nie było żadnych powikłań. Urodziłam pulchnego, 4kg grubasa, który zaraz chciał jeść. Dziecko było mocne ponieważ w tym czasie miałam lepsze wyżywienie Były kłopoty z chrztem. Kościół był na miejscu, ale ksiądz nie miał olejków. Trzeba było jechać do kolejnego kościoła oddalonego o 4 km. Nie było samochodu a konia posiadał prawie każdy rolnik. Mąż wynajął furmankę i pojechaliśmy. Chrzestną została siostra męża, Władzia i kolega męża z zawodu ślusarz. Zrobił on Zbyszkowi, nazywanemu później Biniu, ładny wózek. Chrzciny nie były takie huczne jak u pierwszego syna, ale było ciasto, które upiekłam a goście wypili prawie wszystkie słoiki soku z jagód rosnących w przydomowym ogrodzie. Rosły tam także piękne pelargonie, które zjadła koza. Dostała się do ogrodu bo Wiesiu, który już wówczas sam chodził, biegał, nie zamknął furtki. Biegał też do sąsiadów u których kupowałam krowie mleko.
Oprócz krowy i konia mieli małe kotki. Wiesiu bawił się z nimi. Pewnego dnia sąsiadka powiedziała, że syn utopił kociaka w kance od mleka. Co wieczór doiła ona krowę a mleko schładzała w kance, którą następnego dnia rano mieszała gdyż śmietana w schłodzonym mleku była na górze. Następnie jechała na targ i sprzedawała. Robiła tak każdego dnia. Również w dniu gdy stwierdziła, że Wiesiu utopił kotka. Po mieszaniu mleka podniosła pokrywkę kanki i zobaczyła w mleku martwego kota. Przypomniała sobie, że Wiesiu mówił poprzedniego dnia, że kotek śpi w kance i że on go tam przykrył. Kobieta skojarzyła fakty i wiadomo było kto jest sprawcą. Przepraszałam, chciałam zapłacić, ale sąsiadka odpowiedziała, że nie trzeba, że mleko sprzedała
Dzieci chowały się dobrze tylko Biniu dostawał konwulsji. Mnie to przeraziło więc z leśniczówki zadzwoniłam po pogotowie. Lekarz zabrał go na obserwację do szpitala w Zielonej Górze. Po trzech dniach pojechaliśmy rowerami aby dowiedzieć się co z nim jest, jakie są przyczyny konwulsji. Pielęgniarka nie chciała wpuścić nas do szpitala,
mówiąc, że odwiedzin nie ma. Zaczęłam płakać. Usłyszał to lekarz. Gdy dowiedział się o co chodzi to kazał mnie wpuścić. Zobaczyłam Zbyszka stojącego w łóżku i wesoło przebierającego nóżkami. Pokazywał przy tym na inne dzieci. Lekarz powiedział, że nic chłopakowi nie dolega, tylko on ząbkuje. Powiedział, że niektóre dzieci w taki właśnie sposób reagują na wyrastanie ząbków. Zbyszek był wesołym dzieckiem. Uśmiechał się nawet wówczas gdy był chory i miał gorączkę. Gdy zaczął chodzić to często na spacery zabierał go sąsiad, do którego żona zwracała się „Staruszku”. Zbyszek również starał się tak do niego mówić z tym, że mówił „kaluszek”
Jesienią mąż otrzymał kolejne przeniesienie. Tym razem do nadleśnictwa w Sulechowie. Miasteczka w którym było dużo punktów handlowych i dwa razy w tygodniu targ. Miałam duże mieszkanie w trzypiętrowym budynku. Nie było tylko łazienki. Mieliśmy dużą plastykową wannę, w której po dolaniu ciepłej wody kąpaliśmy się. Mieszkanie to szybko zamieniliśmy na równie duże lecz z łazienką. Było łatwiej utrzymać czystość.
Nadal wszystko było na kartki. Brakowało masła, które dokupywałam od rolników na targu. Kupiłam raz pół kilogramową kostkę masła. Po przyjściu do domu okazało się, że masło jest tylko z zewnątrz a w środku duża kostka białego sera. Pomyślałam tylko, że taki religijny naród a tak potrafi oszukiwać.
Z mamą i siostrą miałam już stały kontakt. Mama przysyłała ubranka dla dzieci. Ja również dostawała różne rzeczy, między innymi włóczkę. Stale robiłam swetry dla chłopców. Nawet jak stałam w kolejce za mięsem, to stojąc robiłam na drutach. Kolejka często ciągnęła się daleko na ulicę. Na święta można było kupić po jednej pomarańczy na osobę. Wszyscy, którzy mieli na podwórzu jakąkolwiek szopę na węgiel czy drzewo, hodowali prosiaki aby mieć więcej mięsa i tłuszczu. Ja też zapragnęłam mieć prosiaka. Nie mówiąc nic mężowi, wzięłam wózek, który nie był już Biniowi potrzebny i był bardzo zniszczony, poszłam na targ. Kupiłam małą świnię. Sprzedający rolnik zapakował zwierzaka do worka a worek położył do wózka. Mieliśmy szopę na opał a w niej mały kurnik. Tam wypuściłam
z worka prosiaka i zamknęłam drzwi. Gdy Witek przyszedł z pracy Wiesiu zaraz „zameldował”, że w kurniku jest świniak i zaproponował jego obejrzenie. Mąż spojrzał na mnie jak na wariata i powiedział: Boże, co ja z tobą mam – a następnie poszedł zobaczyć zakup. Skoro już tam był, zrobił zaraz przegrodę i już nic nie mówił. Nie wiedziałam jak prosiaka karmić. Żeby szybko rósł, karmiłam go szarym, tanim chlebem kupowanym w piekarni. Prosiak jadł bochenek chleba moczonego w wodzie dziennie. Podczas jednego z jesiennych wieczorów wiał silny wiatr. Pomyślałam, że prosiakowi jest zimno. Wstałam, wzięłam dziecięcy kocyk i poszłam go przykryć. Następnego dnia, gdy poszłam go karmić, koc był zniszczony, śmierdzący i brudny. Wyrzuciłam na śmietnik. Zauważyłam, że sąsiad chodzi do naszego chlewika i ogląda prosiaka, który był już dosyć duży. Miał tylko jakiś nietypowy wygląd, był bardzo mocno owłosiony. Bardziej wyglądał na barana. W końcu świnia zniknęła z chlewika. Podejrzewałam sąsiada i powiedziałam o tym mężowi. On na to, że nikt nie ukradł świni bo za darmo nikt takiego świniaka by nie wziął. Przyznał, że oddał go
jakiemuś rolnikowi. Później dowiedziałam się, ze przy odpowiednim żywieniu prosiak wyrósł na dorodną świnię. W tym czasie urodziłam w Zielonej Górze trzecie dziecko, dziewczynkę. Tak się cieszyłam z narodzin Joli , że zaraz gdy się o tym dowiedziałam zaczęłam krzyczeć z radości i klaskać. Na szpitalnym piętrze, każdy kto mógł, wstawał z łóżka i biegł na porodówkę zobaczyć co się stało. Lekarz powiedział, że stałą się cud – urodziła się dziewczynka. Miałam już troje dzieci, męża i prosiaka. Wiesiu i Zbyszek chodzili do przedszkola a ja znowuż oczekiwałam dziecka. Nie chciałam iść do szpitala. Trzeciego syna, Ryszarda, urodziłam w domu. Poród odbył się cicho z pomocą akuszerki. Nawet dzieci śpiące w drugim pokoju nic nie wiedziały. Tylko rano były bardzo zdziwione gdy zobaczyły, że mały chłopczyk leży przy mamie, na tapczanie. Będąc stale w domu, nie mogłam nauczyć się mówić dobrze po polsku. Wiesiu był tym bardzo zdziwiony. Zapytał: Jak to jest, że jestem taka stara a nie umiem mówić . Tłumaczyłam jak potrafiłam, że są różna narody
i różne języki. On słuchał, potem machnął ręką i poszedł na dwór.
Kolejny raz otrzymaliśmy przydział do nowego mieszkania. Tym, razem do spółdzielczego bloku. Dużo mieszkań budowano w tamtym okresie, ale zawsze było ich mało. Przydział nowych mieszkań odbywał się na zasadzie losowania. Moja rodzina, z uwagi na dużą ilość dzieci, otrzymała mieszkanie bez losowania. Mieszkanie było ładne lecz bez centralnego ogrzewania, trzeba było palić w piecach. W tym czasie dostałam także automatyczną pralkę. Pamiętam taniec radości, który wokół pralki wykonałam.. Dotąd, dla tak dużej rodziny prałam wszystko ręczne.
Mąż zaczął uzupełniać wykształcenie. Jeździł do Warszawy gdzie uzyskał dyplom ekonomisty. Wkrótce przeniesiono go na stanowisko dyrektora zakładów materiałów budowlanych. Przed tym awansem musiał zapisać się do partii komunistycznej. Najmłodszy syn, Ryszard, nie był jeszcze ochrzczony. Mąż bał się, że straci stanowisko. Źle się patrzało na tych co chodzili do kościoła. Witek zaproponował, że pojedzie do
sanatorium a ja w tym czasie ochrzczę Rysia. Chrzest był umówiony. Przyjechała mama męża i w niedzielę w kościele odbył się chrzest. Po powrocie z sanatorium mąż został wezwany do sekretarz partii, który zagroził zwolnieniem ze stanowiska „za ten czyn”. Witek bronił się mówiąc, że nic o chrzcie nie wiedział, był przecież poza domem. Żony, czyli mnie, też o to nie podejrzewał gdyż nie jestem katoliczką tylko ewangeliczką. Myślę, że jest to robota mojej matki – powiedział Witek. To tłumaczenie wystarczyło. Dano mężowi spokój.
Najstarszy syn chodził już do szkoły. Pewnego dnia powiedział, że muszę stawić się w szkole. Jako powód tego stanu rzeczy podał, że dzieci z jego klasy chcą mnie zobaczyć. Powiedział im, że jestem finką a oni chcą zobaczyć jak finka wygląda. Odmówiłam, mówiąc, że nie jestem na pokaz. Następnego dnia, cała klasa Wiesia przyszła do mnie. Syn poprosił abym wyszła na schody bo klasa chce mnie zobaczyć. Wyszłam. Zauważyłam rozczarowanie. Spodziewali się kogoś odmiennego od nich. Myślę, że wcześniej nie wiedzieli, że
istnieje taki kraj jak Finlandia stąd zainteresowanie moją osobą, moim wyglądem. Wkrótce potem zaczęłam pracować w sklepie tekstylnym. Nie wiem czy był to dobry pomysł aby przy czwórce dzieci podejmować pracę, ale mąż chciał więc go posłuchałam. Po roku dostałam pracę w księgowości. Była to dobra praca. Będąc tam zatrudniona, zaczęłam jednocześnie pracować w charakterze tłumaczki. Poprzez ambasadę fińską w Warszawie dotarto do mnie. Najprawdopodobniej byłam wówczas jedyną osobą w Polsce znającą jeżyk fiński. W ten oto sposób zaczęłam pracować dla różnych resortów i Centralnej Rady Związków Zawodowych.
Gdy do Polski przyjechał prezydent Finlandii Urho Kekkonen, dostałam telefoniczne zaproszenie na spotkanie z nim. Później, w całym mieście zaczęto mówić, że prezydent jest z mojej rodziny. Zaraz potem zwolniono mnie z pracy. Myślę, że Prezes obawiał się moich kontaktów, bał się, że mogę donosić o nieprawidłowościach w zakładzie. Nie było mi żal tej pracy gdyż zarobki tłumaczki były nieporównywalnie większe. Za dziesięć dni pracy
jako tłumaczka zarabiałam tyle co za miesiąc w zakładzie. Ponadto miałam więcej czasu dla dzieci, domu. Wiesiu nie chciał abym wyjeżdżała. Tłumaczyłam, że zarabiam na masło i chleb. On na to, że nie chce masła tylko chleb. W 1956r. zaistniała możliwość wyjazdu za granicę celem odwiedzenia rodziny. Złożyłam papiery na wyjazd z dziećmi do Finlandii. Mąż nawet nie próbował starać się o wyjazd, był przekonany, że takiej zgody nie dostanie. Musiałam złożyć pisemną gwarancję, że z dziećmi wrócę do Polski. Wyjazd był dla mnie ogromnym przeżycie. Po 12 latach mogłam ponownie zobaczyć mamę i siostrę. Pieniądze na podróż pożyczyliśmy. W samolocie, podczas lotu Rysiu koniecznie chciał iść do kabiny pilotów. Tłumaczyłam, że nie można. Aby wymusić zgodę, zaczął donośnie krzyczeć. Stewardesa zainteresowała się powodem płaczu-krzyku. Gdy dowiedziała się o co chodzi, wzięła go do kabiny. Tam pilot posadził go na kolanach i pozwolił trzymać ster. Potem Rysiu opowiadał, że to on pilotował samolot.
Finlandia w tym czasie (1956r) była biednym krajem. Naród musiał spłacać Związkowi Radzieckiemu długi wojenne. Siostra mieszkała w bardzo ładnym, wynajmowanym w domku jednorodzinnym mieszkaniu. Potem pojechaliśmy do mojej mamy. Ojczym, na którego mówiliśmy dziadek, czekał saniami na dworcu. Nie była to dobra pora do odwiedzin dla dzieci. Zima, mróz nie sprzyjała odwiedzinom. Dzieci przyzwyczajone były do cieplejszego klimatu. Po dwóch miesiącach wróciliśmy pociągiem do siostry. Namawiała mnie bym nie wracała do Polski. Mówiła, że dam sobie radę, że na jedno dziecko otrzymam duży zasiłek, że będę mogła dobrze żyć nie pracując. Jednocześnie w szkole podstawowej zagwarantowane są darmowe posiłki. Na pewno tutaj męża znajdziesz – mówiła moja mama - ale ojca dla dzieci już nie. Mąż dzwonił prawie każdego dnia. Prosiłam aby przyjechał. Niestety, powiedział, że nie może, że nie uzyska zgody na wyjazd. Najstarszy syn zaczął popłakiwać, że tęskni za tatusiem. W końcu zrozumiałam, że nie mogę zabierać dzieciom ojca. Wróciliśmy do Polski. Mąż
czekał na lotnisku. Dzieci rozpłakały się na jego widok.
Coraz częściej wyjeżdżałam do pracy w Warszawie. Z delegacjami jeździłam po całym kraju. Domem , pod moją nieobecność, zajmowała się wynajęta dziewczyna.
Lata mijały, mąż zaczął budować dom, dzieci kończyły szkoły. Wiesiu był już nauczycielem. Zakochał się w mieszkance miejscowości w której pracował. Otrzymał powołanie do wojska. Odprowadzałam go do pociągu. Martwiłam się o niego, nie wiedziałam jak sobie poradzi. Płakałam gdy wracałam do domu. Wydawało mi się, że więcej go nie zobaczę. Znajoma zapytała dlaczego płaczę. Odpowiedziałam tylko, że nie mam syna. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Poszła plotka , że syn zmarł. Z mężem byliśmy na przysiędze. Wkrótce potem Wiesiu przyjechał do domu. Witek był trochę zdziwiony, że w tak krótkim czasie otrzymał on urlop. Przez cały ten czas był u swojej dziewczyny. Po powrocie do jednostki otrzymał areszt za tzw samowolne oddalenie się z koszar. Okazało się, że z dwoma
kolegami otrzymał polecenie na wyjazd do innej jednostki celem odbycia kursu. Koledzy pojechali a Wiesiu zboczył do swojej ukochane. Oczywiście wszystko się wydało. Kary aresztu nie odbył. Została mu ona zawieszona. Po jakimś czasie przysłał list, że jego dziewczyna spodziewa się dziecka. Na formalności związane ze ślubem, przyjechała w asyście żołnierza z karabinem i zaraz wrócił do jednostki. Sam ślub odbył się już spokojnie. Dosyć mocno przeżyłam moment gdy wojska wkraczały do Czechosłowacji. Zbyszek był wówczas żołnierzem. Po dwóch tygodniach od momentu przekroczenia granicy z Czechosłowacją otrzymaliśmy od niego list pisany na kawałku kory : Jestem za granicą. Pozdrawiam. Zbyszek
W tym czasie wprowadziliśmy się do wybudowanego, choć jeszcze nie skończonego domu. Był ładny i wygodny. Właśnie do tego domu wrócił ubrany w cywilne ubranie Zbyszek. Ładnie i dorośle wyglądał. Wieczorem, gdy wszyscy siedzieliśmy w pokoju, mąż wypytywał go jak tam było. Najpierw coś opowiadał a potem zaczął
płakać. Witek przycisnął go do siebie, poklepał po ramieniu i powiedział : Nie musisz nic mówić. Więcej do tego tematu nie wracaliśmy
W Finlandii byłam jeszcze parę razy. Były to wyjazdy służbowe. W jednym przypadku zostałam dłużej. Pojechałam do mamy i z nią spędzałam czas. Po powrocie do domu zastałam męża ze złamaną nogą. Przewrócił się na śliskim parkiecie i stało się.
W domu było coraz gorzej z powodu braku pieniędzy. Wszystkie oszczędności pochłonęła budowa domu. Najmłodszy syn, Rysiu, uczył się w pomaturalnej szkole w Świebodzinie. Było mi go żal, bo nie mogłam mu zagwarantować wystarczających środków na utrzymanie. W tym samym czasie córka Jolanta, mimo dobrych wyników w nauce, nie dostała się na studia. Ukończyła pomaturalny kurs kreślarski i podjęła pracę w Geoprojekcie Zielona Góra. Tam poznała swojego przyszłego męża. W klatach osiemdziesiątych wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkają do dzisiaj. Nasilające się kłopoty finansowe zmusiły nas do sprzedaży domu i przeprowadzeniu się do Głogowa. Razem z nami przyjechał tylko Biniu. Rysiu, najmłodszy, pojechał na praktykę do Krakowa. Trochę pieniędzy, które mogłam mu dać wystarczyły na obiad i na bilet do kina z dziewczyną w której był zakochany.
W początkowym okresie pobytu w Głogowie zamieszkiwaliśmy w jednopokojowym mieszkaniu. Po roku czasu otrzymaliśmy trzypokojowe mieszkanie spółdzielcze z ciepłą wodą, centralnym ogrzewaniem, w którym mieszkam do chwili obecnej. To była nasza dziewiąta i ostatnia przeprowadzka. Biniu poszedł do pracy. W krótkim czasie wysłano go na kurs po którym otrzymał dobrą pensję. Szybko otrzymał mieszkanie, ożenił się w piękną dziewczyną. W krótkim czasie dorobili się samochodu. Rysiu ożenił się wcześnie z tym, że nie z dziewczyną z Krakowa. Zakochał się kolejny raz i z tą drugą miłością rozpoczął nowe życie.
Jola urodziła syna. Nie mogłam być przy niej gdy wróciła ze szpitala. Kolejny raz musiałam wyjechać do pracy. Przyjechała mama Leszka, męża Joli,
która w pierwszych dniach narodzin wnuka Pawełka była bardzo pomocna.
Wiesiu miał już dwóch synów, Roberta i Sebastiana. Ryszard syna Filipa. Biniu z Marylką córkę Elżbietę, która jest ich oczkiem w głowie a moją najukochańszą wnuczką.
Podczas pobytu w Zakopanem z grupą Finów otrzymałam telegram, że mąż jest w szpitalu. Natychmiast wróciłam do domu. Następnego dnia, rano, poszłam do szpitala. Mąż leżał w łóżku. Nie można było nawiązać z nim kontaktu. Lekarze nie potrafili postawić prawidłowej diagnozy. Po kilku dniach okazało się, że kamica nerkowa spowodowała niewydolność nerek. Nie było aparatury, którą można było oczyścić krew. Zawiozłam męża do Wrocławia, gdzie miał opiekę na wyższym poziomie. Tam, od lekarki dowiedziałam się, że nerki Witka są bardzo zniszczone i nie ma już ratunku. Po roku cierpień zmarł. Byłam przy nim gdy odszedł. Dyrektor szpitala zadzwonił do Zbyszka prosząc aby przyjechał po mnie. Przyjechał z Rysiem. Wracaliśmy razem. Pogrzeb Witka odbył się przy
obecności całej rodziny i licznych znajomych.
Po 32 latach bycia razem zostałam sama. Nie potrafiłam znaleźć się w nowej sytuacji.
Teraz gdy moje lata, dni, zbliżają się do końca dokucza mi samotność. Wprawdzie moje dzieci nie zostawiły mnie samej, odwiedzają mnie, ale to nie to samo gdy stale ktoś obok jest. Nie mogę od nich za wiele żądać ponieważ mają swoje rodziny. Gdyby teraz zapytać o cel życia, może dalekie echo odpowiedziałoby, że prawdą jest samotność, spokojna i cicha...
Moje wspomnienia cały czas żyją w moim pustym pokoju. Spisałam je dla moich kochanych dzieci. Bywało ciężko, ale zawsze Was i Waszego ojca bardzo kochałam - Mama
Grudzień 2009r.
Mieszkałam z mamą nad rzeką KIVIOJA. W drewnianym domu, w którym był jeden pokój i jeden, ogrzewający nas zimą, piec. Był zawsze ciepły, pachniał wiejskim chlebem i ciastem, które mamusia piekła. W przedpokoju skrzynia na odzież
i druga, mniejsza, na żywność. Mniejsza skrzynia, zimą, pełna była mrożonych borówek. W soboty mamusia rozmrażała dużą porcję, którą posypywałam cukrem i jadłam z apetytem.
Dzieciństwo moje płynęło spokojnie. Miałam to czego pragnęłam. Nie marzyłam o rzeczach nieosiągalnych, cieszyłam się tym co mam. Miałam lalki, kołyskę, którą zrobił mi wujek Matti. Mamusia nauczyła mnie szyć lalkom ubranka. Miałam harmonijkę na której uczyłam się grać. Dużo śpiewałam a potem słuchałam pochwał mamy. Niestety, nie wiedziałam jeszcze, że kompletnie pozbawiona jestem słuchu. To, że zostanę piosenkarką wiedziałam od momentu, gdy pierwszy raz w życiu usłyszałam muzykę w radio. Osobą, która jako jedna z pierwszych miała radio w domu była moja nauczycielka. Czasami zapraszała nas do domu, gdzie siedząc na podłodze, słuchaliśmy bajek. Po zakończeniu lekcji, gdy okno jej mieszkania było otwarte i słychać było muzykę, siadałam na brzegu ścieżki i słuchałam. Potrafiłam siedzieć i słuchać bardzo długo. O tym, że nie zostanę piosenkarką zorientowałam się po
stopniach z wychowania muzycznego. Były poniżej krytyki. Miłość do muzyki pozostała we mnie do dzisiaj. Podziwiam potrafiących grać czy też śpiewać. Niestety, nie wszystkim wspomniane zdolności są dane. W szkole, podczas różnych uroczystości, deklamowałam wiersze. Moje rysunki oglądać można było na wystawach szkolnych. Uczyłam sie dobrze, nikt nie musiał mi pomagać. Jedyny minus chodzenia do szkoły, to chłopcy. Dokuczali mi, przezywali „pchłą”. Wszystko z powodu chudych nóg i czarnych włosów. Większość to blondynki i blondyni. Ciemna karnacja to wyjątek, stąd docinki. Kiliki, o dwa lata starsza siostra, była uczennicą tej samej szkoły. Nie mieszkała wówczas z nami Była moim przeciwieństwem. Silna, uparta, nie bojąca się niczego. Broniła mnie przed chłopcami. Bali się jej, bo zawsze atakowała i biła pięściami tych, którzy mnie krzywdzili. Na przerwach międzylekcyjnych nie bawiła się z dziewczynkami tylko z chłopcami. Z nimi grała w piłkę, biegała. Chłopcy chętnie brali ją do swoich drużyn. Gdy pożegnała szkołę, zostałam sama. Czułam się samotnie, wiedziałam, że nikt mnie nie obroni
przed tymi, którzy dokuczali. W tym czasie szkoła zaczęła wydawać posiłki /kanapki, obiady/, dzieciom z biedniejszych domów. Moja mama zatrudniła się w charakterze kucharki. Byłam szczęśliwa z tego powodu i znów bezpieczna. Nie dostawałam kanapek ponieważ należałam do rodzin lepiej sytuowanych. Dostawałam od mamy płatki owsiane, które w szkole gotowała. Do tego cukier, porcję masła, mleko. Kanapki miałam z domu. Często wymieniałam je z siostrą na ciemny chleb, posmarowany grubo masłem, który był bardzo smakowity. Siostrze oddawałam białe pieczywo. Dobrze jeździłam na nartach. Potrafiłam nawet skakać. Pamiętam jedne zawody. Wyjechaliśmy na nie saniami. Dwie dziewczynki i trzech chłopców. Jedną z dziewcząt była moja skromna osoba. Było bardzo zimno a przy tym padał śnieg. Koń biegł szalenie szybko, pamiętam do dziś wesoło dzwoniące dzwonki. Po jednej z zakończonych konkurencji biegowych w której brałam udział, ogłaszano wyniki: Pierwsze miejsce zajęła Kirsti... W tym momencie serce moje zaczęło bić radośnie. Byłam z siebie ogromne dumna. Wierzyłam, że zostałam zwyciężczynią.
Niestety, nie wyczytano mojego nazwiska lecz konkurentki. Przeżyłam pierwsze w życiu rozczarowanie. Za zajęcie drugiego miejsca otrzymałam nagrodę, 3 marki fińskie. Mój pierwszy zarobek.
Lato na północy, to najpiękniejsza pora roku mimo, że bardzo krótka. Białe noce, pływanie w rzece, zbieranie jagód, kwiaty wodne, śpiew ptaków, żurawie... Często, przebywając na łące, trafiałam na ptasie gniazda. Widziałam złożone do wylęgu malutkie jaja. Mama zawsze mówiła, że nie wolno dotykać gniazd bo ptaszek będzie bał się do swojego domku wrócić. Przyjemność sprawiało mi obserwowanie latających szybko jaskółek. Kładłam się na trawie miękkiej jak aksamit i obserwowała.
Jesień to czas odlotu ptaków do ciepłych krajów. Na łące zbierało się ich tysiące. Często siadałam na kamieniu obserwując je. Siedziałam bardzo blisko, nie bały się mnie. Słuchałam ich mowy. Podziwiałam kormorany, które w podróż do cieplejszych krajów zabierały na grzbiecie swoje potomstwo Tak bardzo chciałam lecieć z nimi. Był jeden warunek. Musiała być ze mną mama.
Do dzisiaj pamiętam ptaka, który wznosił się bardzo wysoko i ciągle krążył wydając przy tym dziwny, taki smutny głos. Pytałam mamy jak nazywa się ten ptak. Odpowiedziała, że „STARA PANNA”. Do dzisiaj nie wiem jaka była jego rzeczywista nazwa. Pierwsze narty dostałam, nie zimą, nie. Dostałem jesienią, gdy pierwszy raz szłam do szkoły. Wykonał je wujek Matti. Na tych nartach jeździłam zimą do szkoły. Niezastąpiony wujek Matti zrobił także dwie wędki, którymi z siostrą po zajęciach szkolnych, łowiłyśmy ryby. Wędkowaniem zajmowali się także chłopcy. Mieli oni swoje miejsca, gdzie wędki chowali. Najczęściej była to stara stodoła. Kilikki znała ich schowki. Pewnego dnia, po zajęciach szkolnych, kazała mi biec za sobą. Nie chciała powiedzieć dlaczego. Biegłyśmy bardzo szybko.. Zatrzymałyśmy się przy starej szopie. Tam kazała mi obserwować czy chłopcy nie idą. Sama powyciągała ich wędki i połamała. Gdy zakończyła, wzięłyśmy swoje wędki i zaczęłyśmy łowić jakby nigdy nic. Okropnie się bałam, że chłopcy zorientują się, że to ona i ją zbiją. Całe szczęście, że nie pomyśleli, że to siostry sprawka. Zdziwieni byli zdarzeniem, ale przez myśl
im nie przeszło, że sprawczyni szkody to moja siostra. Do dzisiaj nie wiem dlaczego to zrobiła. Pamiętam jej spokojną twarz i odpowiedź, że nie wie kto to zrobił.
Zima to Boże Narodzenie, gwiazdka, prezenty, słodycze, choinka, mróz, śnieg, lód. Mile wspominam każdą gwiazdkę. Przychodziła Kiliki. Pamiętam mróz, który spowodował głębokie zamarznięcie rzeki. Wodę mieliśmy z topionego śniegu. Każdego dnia trzeba było palić w piecu aby było ciepło. W końcu zabrakło suchego drewna a mokre nie chciało się palić. Gdy sytuacja stawała się niebezpieczna, mama powiedziała, że idziemy po drzewo do pieca. Nie pytałam dokąd, poszłam za mamą. Szłyśmy dość długo. W końcu zatrzymaliśmy się przed szopą wykonaną z belek, w której przechowywane było siano. Mama wyciągnęła jedną belkę dla mnie a dwie dla siebie . Wracałyśmy do domu ciągnąć je za sobą. Pamiętam, że była wówczas piękna, księżycowa noc. Pamiętam też ciepło, które ogarnęło pokój po rozpaleniu pieca.
Czasami bardzo chciałam mieć ojca. Mama tłumaczyła, że nie ma ojca. Później dowiedziałam się i zrozumiałam dlaczego tak jest. Dostawałyśmy od niego paczki a w nich zabawki, ubranka i listy z zapytaniem jak chowają się dziewczynki. Co miesiąc przysyłał czek, dzięki któremu nigdy nie byłyśmy głodne i miałyśmy się za co ubrać. Podczas jednego z wyjazdów do Oulu, miasta położonego 45 km od mojego miejsca zamieszkania, mama zabrała mnie do sklepu, gdzie kupiła mi płaszcz z futrzanym kołnierzem, skórzaną czapkę wykończoną futrem. Nawet nauczycielka podziwiała mój nowy płaszcz. Siostra i ja byłyśmy zawsze ładnie ubrane. Niedaleko domu była duża, wilgotna łąka. Sąsiad, pan w podeszłym wieku, który był jej właścicielem, często łąkę kosił. Wjeżdżał na nią koniem ciągnącym kosiarkę. Pewnego razu podniósł mnie, wziął na kolana i jeździliśmy razem. Byłam najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Miałam ojca. Już wcześniej zwracałam się do niego „tatuś”. Nigdy ‘dziadek, zawsze „tatuś” Wspólne koszenie łąki i ja na jego kolanach upewniły mnie tylko w przekonaniu, że tak jest rzeczywiście.
Mimo, że siostra często mi dokuczała, bawiłam się z nią. To ona, gdy miałam 5 lat, nauczyła mnie czytać. Potem miała już swoje koleżanki. Nie chodziłyśmy razem na spacery czy pływać. Płakałam często, że nie mogę wyjść z nią i jej koleżankami, że muszę pozostać w domu z mamusią. Potem, gdy zaczęłam chodzić do szkoły, miałam już swoje koleżanki. Szczególnie Inga, dziewczyna mała i otyła, mieszkająca po drugiej stronie rzeki była mi bliska. Inga bardzo szybko biegała. Gdy jej nie było, uwielbiałam bawić się lalkami.
Wczesne lata to także nauka szydełkowania oraz robótki na drutach. Uczyła mnie mamusia. Gdy poszłam do szkoły, dziewiarstwo nie było dla mnie tajemnicą. Bardzo lubiłam i do dzisiaj lubię prace szydełkowe.
Babci prawie nie pamiętam. Miałam 4 lata, gdy umarła. Bardzo dokładnie pamiętam śmierć dziadka. Zmarł około 7 rano. W dniu pogrzebu otwartą trumnę wystawiono na podwórzu, na wysokim podwyższeniu. Dookoła udekorowana była palącymi się świeczkami. Było mi smutno, ale
nie płakałam. Po pogrzebie wszystko się zmieniło. Dzieci dziadka podzieliły spadek. Ziemię , pomieszczenia gospodarcze sprzedano. Pozostał stary koń, którego dziadek trzymał tylko dlatego aby mógł dokończyć żywota w miejscu gdzie całe życie pracował. Była dyskusja co z koniem zrobić. Większość chciała aby konia pozostawić. Jedna z sióstr nie zgodziła się. Konia sprzedano Cyganowi. Po pewnym czasie ktoś doniósł, że Cygan znęca się nad koniem. Bije, zmusza do określonych zachowań. Nie mogła pogodzić się z tym ciocia, która domagała się sprzedaży konia. Męczyło ją sumienie. Konia odkupiono. Zapewniono mu spokojną starość. Po śmierci dziadków mamusia moja została gospodynią w rodzinnym domu. Mieszkał z nami mamy brat, Matti. Wujka bardzo kochałam. Często brał mnie na kolana, kupował cukierki. Był kawalerem. Po pewnym czasie wybudował domu w miejscowości Ritokorpi, 3 km od naszego miejsca zamieszkania. Zamieszkała z nim Kilikki. Po pewnym czasie wróciła, nie chciała tam mieszkać , ale mama nie zgodziła się. Uważała, że siostra powinna u Mattiego pozostać i pomagać
w gospodarstwie. Bardzo mamę prosiła, ale ta była nieugięta. Musiała wrócić . Mieszkała tam do momentu gdy się ożenił. To był początek wojny, mamusia sama prosiła ją o powrót. Kilikki była z tego powodu bardzo zadowolona. Wracając ze szkoły spotkałam mamę z nieznanym mi panem. Przedstawiony mi został jako przyszły mąż mamy i mój ojciec. Miałam wówczas prawie 16 lat a mimo to, nie rozumiałam zaistniałej sytuacji. Nie mogłam zrozumieć jak mama, bardziej ode mnie może kochać kogoś obcego. Bardzo to przeżywałam. Mama tłumaczyła, że gdy będę starsza to zrozumiem jej postępowanie. Sprzedany został nasz rodzinny dom i po ślubie przeprowadziliśmy się do męża mamy. Był wdowcem, i jak się potem okazało, wspaniałym człowiekiem. Lubił mnie, ja jego. Uczył mnie jeździć konno. Posiadał gospodarstwo rolne. Wiek 16 lat, to wiek w którym się dojrzewa, ma się różne myśli. Niestety, nie mogłam z nikim porozmawiać na nurtujące mnie tematy. Mama na ten temat nigdy ze mną nie rozmawiała, nie uświadamiała. Gdy zostałam kobietą, cale popołudnie, przestraszona, siedziałam w szopie, na
sianie. Dopiero później, koleżanka powiedziały mi, że tak właśnie ma być. To właśnie brat koleżanki, starszy ode mnie, zaproponował mi spotkanie. Koleżanka namawiała mnie abym się zgodziła. Umówiliśmy się na godz. 18-tą, na moście. Pojechałam nowym, ładnym, rowerem. Czekał już. Zaproponował spacer. W pewnym momencie chwycił mnie za rękę. Reakcja moja była gwałtowna. Rękę wyrwałam z jego dłoni tak gwałtownie, że podskoczył przestraszony. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę umawiając się na kolejne spotkanie w niedzielę. Nie mogłam doczekać wieczoru, pojechałam wcześniej. Jego jeszcze nie było. Czekałam długo, nie przyszedł. Pomyślał chyb, że z taką głupią dziewczyną, nie warto tracić czasu. To było moje pierwsze miłosne rozczarowanie. Krótko potem miałam pierwszą komunię, poprzedzoną 6-tygodniowym uczęszczaniem na religię. Pastor był bardzo miłym człowiekiem. Pamiętał moją siostrę, która na religię uczęszczała dwa lata wcześniej. Do jednych zajęć nie byłam przygotowana. Polecił abym została po lekcjach i nadrobiła zaległości. Dodał przy tym, że jestem taka jak siostra, która gdy
przyszła do szkoły umiała wszystko a po dwóch tygodniach nie umiała nic. Do komunii dziewczynki przystępowały w czarnych sukniach a chłopcy w czarnych garniturach. To dlatego, że trwała wojna. Przyjmując komunię, nie mogłam powstrzymać łez. Powoli zaczynało się moje dorosłe życie.
Mieszkańcy miast, gdzie brakowało wszystkiego, przyjeżdżali na wieś kupować żywność. Pewien restaurator, który kupił u nas cielaka, zaproponował mi pracę. Powiedział mamie: Ta panienka mogłaby u mnie pracować – Mama wyraziła zgodę. Cieszyłam się bardzo na samą myśl, że będę miała swoje pieniądze. Miałam też obawy, czy dam sobie radę. Do podjęcia pracy szykowałam się tydzień czasu. Po cielaka restaurator przyjechał samochodem. Z małą torbą siadłam na tylnym siedzeniu. Cielaka załadowano do bagażnika. Wyruszyłam w stronę dorosłego życia. Obawialiśmy się kontroli policji, gdyż nie wolno było handlować żywnością. Na szczęście nie było problemów. Pracę rozpoczynałam w kuchnie. Pracowałam z dwoma dziewczynami, z których Vieno była od nas dużo
starsza. Obsługiwała gości. Mieszkałam na miejscu. Uszyto mi ładny kostium (czarna spódniczka z żakietem i biała bluzka z kokardą pod szyję). Wyglądałam bardzo ładnie, byłam szczęśliwa. Krótko potem rozpoczęłam pracę jako kelnerka. To właśnie wówczas usłyszałam, że mam ładne oczy, że jestem ładna. Oglądałam się potem w lustrze dziwiąc się, co we mnie widzą. Nie jeden raz miałam propozycję spaceru czy wyjścia do kina. Nie wyrażałam zgody. Do kina chodziłam w południe, gdy miałam wolne. Lokal zamykano o godz.21. Jednego wieczoru, po zamknięciu restauracji, postanowiłam z koleżanką odwiedzić kawiarnię czynną do 22 i tam wypić herbatę. Poszłyśmy. Siedzimy, rozmawiamy, popijamy herbatę. W pewnym momencie wchodzi dwóch policjantów. Sprawdzają dokumenty gości kawiarni. Ja nie mam. Nie wiedziałam, nie miałam pojęcia, że jest taki obowiązek. Miasto, choć nie tak duże, było dla mnie nieznane. Nie wiedziałam jakie ciążą na mnie obowiązki. Na wsi byłam wolna. Mogłam chodzić gdzie chce i kiedy chcę. Nikt o nic mnie nie pytał. Po stwierdzeniu, że nie mam dokumentów, policjant zabrał mnie na
komisariat. Byłam przerażona. Koleżanka z którą byłam w kawiarni, widząc co się dzieje, pobiegła do właścicielki restauracji w której pracowałam i powiedziała co się stało. Ta wykonała telefon informując policję gdzie mieszkam, gdzie jestem zatrudniona i w jakim charakterze. Policjant kazał wracać do domu. Następnego dnia zobaczyłam go w restauracji, był gościem lokalu. Chciał się ze mną umówić. Nie zgodziłam się chociaż był wysokim przystojnym mężczyzną. Bardzo przeżyłam wczorajsze zdarzenie. Wstydziłam się całej sytuacji chociaż nie czułam się winna. Na osiemnaste urodziny, które obchodziłam 11 listopada dostałam osiemnaście papierowych róż. Była wojna, nie można było kupić naturalnych kwiatów. Byłam szczęśliwa. Wydawało mi się, że jestem bardzo dorosła, mimo, że prawo do pełnoletniości mogłam mieć od 21 roku życia.
Na okres Bożego Narodzenia restaurację zamknięto. Po raz pierwszy mogłam pojechać do domu. Miałam pieniądze za, które nie mogłam nic kupić. W końcu udało mi się ojczymowi kupić skórzane rękawiczki z jednym palcem. Mamie
kupiłam porcelanowe filiżanki. Na zewnątrz mroźno, dużo śniegu a w domu rodzinnym ciepło, przytulnie. Mama wydawała mi się bardzo zmęczona, przygnębiona. Okazało się, że ojczym miał długi, które w całości spłacone zostały z mamy pieniędzy spadkowych. Zostało także na budowę nowego domu i obory. Kilikki w tym czasie wyjechała na południe Finlandii podejmując pracę w fabryce. Krótki po tym wyszła za mąż za wojskowego. Odwiedzili mnie latem. Siostra była tak ładna, że aż właścicielka restauracji podziwiała jej urodę. Podałam im obiad, za który zapłaciłam. Potem miałam wolne. Poszliśmy do parku, gdzie rozmawiając doczekaliśmy czasu w który, Kilikki z mężem wsiedli do pociągu i wrócili w swoje strony. To był okres gdy zaczynały topić się śniegi. Zbliżała się wiosna i bombardowania. Pamiętam pierwsze. Przeżyła to bardzo. Wszyscy uciekli do piwnicy. Po powrocie zastaliśmy dom bez szyb. Podczas wolnego popołudnia poszłam do kina. W trakcie seansu syrena ostrzegła przed nalotem. Widzowie schowali się w piwnicy, ja natomiast uciekłam do domu. Miałam szczęście. Następnego dnia dowiedziałam się, że kino zostało
zbombardowane. Latem miałam dwa tygodnie urlopu. Pojechałam na południe Finlandii odwiedzić siostrę, która spodziewała się dziecka. Byłam u niej dwa dni. Wróciłam do mamy pomagać w sianokosach. Zatrudnieni do żniw pracownicy nocowali w szopie, na ścianie. Ja zresztą też. Łąka znajdowała się nad ogromną zatoką. Nie było widać drugiego brzegu. Siadałam tam wieczorami i rozmyślałam o tym jaki Świat jest duży. Zastanawiałam się czy kiedykolwiek będę mogła podróżować. Kąpałam się. Było cudownie. Po powrocie do pracy, współpracownicy zaskoczeni byli moją opalenizną. Opalenizna nie była wówczas mile widziana, ale podziw koleżanek był, tak myślę, szczery.
W chwilach wolnych od pracy niejednokrotnie szłam na skraj miasta. Rosły tam bardzo wysokie sosny. Roślinność nie była tak bogata. Powoli zaczynała się tundra. Nuciłam piosenkę: Ścieżką w kierunku tundry sama idę w dal. Wspominam ukochanego, który z drugiej strony tundry tą samą drogą
wędruje. Marzę o spotkaniu, o wspólnym spacerze ścieżkami tundry...
Myślę, że marzyłam wówczas o poznaniu kogoś bliskiego. W restauracji stał gramofon. Pewnego wieczoru słuchałam muzyki wymieniałam płyty. Obok mnie stanął wojskowy oficer. Niby słuchał a cały czas patrzył mi w oczy. W pewnym momencie położył swoją dłoń na mojej. Zawstydziłam się, zarumieniłam, przestraszyłam tej sytuacji. Przez ciało przeszedł dreszcz Wyszarpnęłam dłoń i uciekłam do kuchni. Wieczorem, gdy już byłam w łóżku, myślałam o tej sytuacji. Doszłam do wniosku, że była całkiem przyjemna. Myślałam też o letnim urlopie, minionych białych nocach, które w północnej Finlandii są najpiękniejsze. W przeciwieństwie do zimy, która ciągnęła się w nieskończoność, uwielbiałam fińskie lato, niestety trwające zbyt krótko.
Nadszedł dzień w którym właściciel restauracji poinformował personel, że sprzedał lokal. Oświadczył przy tym, że zatrudnienie mamy zagwarantowane, że nie musimy nigdzie
odchodzić. Zdecydowałem się jednak na podjęcie pracy w hotelu. Po rozmowie wstępnej zostałam przyjęta na praktykę. Musiałam uszyć granatowy fartuszek z kieszeniami i białym kołnierzem. Udało mi się kupić materiał a krawcowa zrobiła resztę. Praca moja polegać miała na pomaganiu czterem kelnerkom, które miały uczyć mnie obsługiwania klientów a ponadto raz w tygodniu obowiązane były wypłacać mi po 20 marek każda. Zamieszkałam u swoich byłych pracodawców w zamian za opiekę nad ich dziećmi. Byłam bardzo zadowolona a nawet szczęśliwa, że tak pozytywnie wszystko się ułożyło. Zadowolona byłam z pracy. Nie była ciężka dla moich młodych nóg, chociaż biegałam z sali do kuchni i z powrotem nosząc ciężkie tace. Ponadto do moich obowiązków należało zanieść obiad właścicielce restauracji. Robiłam to każdego dnia. Bardzo podobało mi się jej mieszkanie. Zastanawiałam się czy kiedykolwiek będę mieszkała w tak wspaniałych warunkach. Jak na razie spałam na ławie w kuchni co nie było wygodne. Myłam się w hotelu Wyżywienie było dobre. Byłam najmłodsza więc na każde śniadanie dostawałam 0,5l. kartkowego mleka, które
wypijałam jednym haustem. To było moje śniadanie Na obiad jadałyśmy mięso z różnymi dodatkami. Mimo, iż żywność była na kartki, w restauracji nie brakowało jedzenia. Na kolację nie jadłam nic, ale nie odczuwałam głodu.
Podczas jednego z dyżurów, starsza koleżanka pełniąca funkcję kierownika sali poinformowała mnie, że jeden z gości restauracji, wysoki blondyn, oficer wojska, powiedział, że jest mną zauroczony, że pragnie się ze mną umówić. Pokazała mi go. Faktycznie, przystojny. Gdy wychodziłam z pracy, czekał już na mnie. Poszliśmy w kierunku rzeki w której topiłam się podczas letniej kąpieli. Nie mogłam poradzić sobie z wirem, który uniemożliwiał dopłynięcie do brzegu. Uratował mnie nieznany mężczyzna. Do dzisiaj nie wiem kto to był. Jestem wdzięczna. Bez jego pomocy, nie dałabym sobie rady. Na brzegu rzeki chciał mnie pocałować. Nie pozwoliłam. Wówczas powiedział, że myślał, iż jestem inna. Nie rozumiałam o czym mówi. Pożegnałam się i wróciłam do domu. Kolejny raz widziałam go na uroczystości weselnej koleżanki
z pracy. Byłam zaproszona. Na tę okazję założyłam nową, czerwoną sukienkę, którą kupiłam wcześniej ale nie miałam okazji aby ją mieć na sobie. Oglądał się za mną, błądził wzrokiem. Udawałam, że go nie widzę. Po powrocie do domu, właścicielka mieszkania powiedziała mi, że widać moją halkę. Teraz nie wiem, czy oglądał się za mną czy moją halką.
W pracy było coraz grzej. Starsze koleżanki nie wywiązywały się z umowy, nie wypłacały mi moich należności. Taki stan rzeczy trwał około roku. Gdy zostałam zawodową kelnerką, było znacznie lepiej. Do restauracji przychodzili klienci z zasobnymi portfelami. Jako przyuczająca się do zawodu, nie mogłam brać od nich napiwków. Nawet gdy brałam, oddawałam natychmiast starszej koleżance.
Pewnego wieczoru koleżanka z kuchni powiedziała, że w porcie jest statek, który zabiera ochotników do pracy w Niemczech. Osoby poniżej 20 lat muszą mieć zgodę rodziców. W jednej chwili postanowiłam, że pojadę. Marzyłam o wielkim świecie. Nie zdawałam sobie sprawy z istniejącej
sytuacji. Nie znałam się na polityce. Wiedziałam, że jest wojna, że Rosjanie chcą zdobyć moją ojczyznę a Niemcy pomagają naszym żołnierzom w walce o niepodległość. Nikt nigdy nie mówił, nigdzie nie pisało o zbrodniach, które mieli na sumieniu. Mówiło się tylko o Rosjanach, których bomby niszczyły nasze miasta. Nikomu o wyjeździe nie mówiłam. Nawet mamie. Wiedziałam, że nie wyrazi zgody na mój wyjazd. Zgodę na wyjazd wystawiła w imieniu mojej mamy, koleżanka z pracy, wtajemniczona w mój plan. Po południu poszłam do portu. Miałam przy sobie mały bagaż, dowód osobisty i „zgodę” na wyjazd. Nas statek przyjmował Niemiec w mundurze. Spojrzał na „zezwolenie”, na mnie i powiedział „bleib bii mutter” (wracaj do matki). Zrozumiałam, uczyłam się niemieckiego. Powiedziałam, ze chce wyjechać. Dał mi klucz od kabiny. Siadłam na taborecie. W dalszym ciągu nie wiedziałam, nie zdawałam sobie sprawy, że źle robię. Kierował mną los. Byłam zmęczona. Umyłam się i położyłam spać. W pewnym momencie słyszę pukanie do drzwi. Na pytanie kto i w jakiej sprawie, słyszę, że zaszła konieczność ponownego sprawdzenia
dokumentów. Otworzyłam drzwi, w których stał ten sam Niemiec, który wpuszczał mnie na statek. Zgwałcił mnie. Byłam przerażona. Ja, która marzyłam o wielkiej i pięknej miłości przeżyłam coś strasznego. Czy tak miało być ? Podobno istnieje wyspa szczęśliwych. Chyba za daleko pojechałam jej szukać. Znienawidziłam mężczyzn.
Następnego dnia spotkałam innych Finów, którzy wyruszyli do Niemiec w poszukiwaniu pracy. Przeprowadziłam się do kajuty dwóch innych dziewcząt z których jedna wyszła za Niemca a płynęła w odwiedziny do jego rodziców. Rano, trzeciego dnia rejsu wyszłam na brzeg obcego kraju. Jestem sama, pośród obcych ludzi z okropnym przeżyciem, które spotkało mnie na statku. Zrobiło mi się bardzo przykro. Chciałam wracać. Niestety, nie było takiej możliwości.
W porcie dostałam skierowanie do pracy oraz bilet kolejowy do nowego miejsca zamieszkania i adres pod który miałam się udać. Dojechałam do małego miasteczka. Zamieszkałam u starszej pani, którą do dzisiaj mile wspominam. Pracę rozpoczęłam w przędzalni włóczki. Miałam nauczyć się
obsługiwać maszyny. Praca nie była ciężka. Najbardziej dokuczał głód. Staruszka u której mieszkałam dawała mi dwie kromki chleba z marmoladą, które zjeść miałam podczas śniadania w fabryce. Nigdy tak nie było. Chleb jadłam w drodze do pracy. Majstrem w fabryce był starszy Niemiec. Żona przynosiła mu obiad, którym dzielił się ze mną. Każdego dnia jadłam drobiowe mięso, bo on z żoną hodowali na działce drób. Za pracę płacono mi 10 – 15 marek tygodniowo. Za mieszkanie płaciłam 10 marek tygodniowo. Ponadto oddawałam kartki żywnościowe. Czasami na kolację dostawałam placki ziemniaczane. Bywało, że nie otrzymałam nic. Właścicielka mówiła, że nie ma jedzenia .
Niedaleko miejsca zamieszkania był duży budynek zamieszkały przez wojsko. Pewnego dnia, idąc rano do pracy, podszedł do mnie żołnierz, dał mi połowę chleba, puszkę ze smalcem i mięsem. Byłam zdziwiona jego zachowaniem. Powiedział, że widzi mnie każdego dnia jak idę do pracy. Wie, że nie mam dużo jedzenia, że na pewno jestem głodna. Podziękowałam. Postanowiłam, że
wszystko zjem sama. Wracając z pracy, nie udałam się do domu tylko schowałam się za drzewem. Tam znalazłam kamień, którym otworzyłam puszkę. Wystarczyło aby palcem dostać się do smalcu i mięsa a następnie posmarować ułamany kawał chleba. Zjadłam dużo a to co zostało schowałam pod drzewo. W domu poczułam się bardzo źle, bolał mnie brzuch, wymiotowałam. Zdawałam sobie sprawę z przyczyn takiego stanu, jednak staruszce nie powiedziałam. Zrobiła mi herbatę ziołową i trochę mi przeszło. Rano poszłam do pracy. Dom w którym mieszkali żołnierze był pusty. Pomyślałam, że wyjechali na front. Nie byłam więcej w swojej „spiżarni”. Pomyślałam sobie, ze ja już najadłam się do syta, że teraz mogą najeść się koty.
Po pewnym czasie otrzymałam propozycję zamieszkania w innym miejscu, gdzie właścicielką była pani z dwójką małych dzieci. Jej mąż zginął na froncie. Zgodziłam się. Było tam o tyle lepiej, że miałam więcej jedzenia. Było też weselej. Od właścicielki mieszkania otrzymałam propozycję wynoszenia włóczki z fabryki. Zbliżała się zima a jej
dzieci nie były do tej pory roku przygotowane. Wiedziałam, że jest to zabronione, ale zgodziłam się. Kolorową włóczkę wynosiłam w torbie. Miałam szczęście bo nikt mnie nie kontrolował. Nie uważałam tego za kradzież. Dzieciom zrobiłam na drutach rękawiczki i swetry.
Pierwsza wigilia w Niemczech przepłakałam. Myślałam o mamie, domu i losie, który mnie spotkał. Nie mogłam mieć do nikogo pretensji. Sama wybrałam
Dni mijały monotonnie. Dom, praca, dom, praca. Jedna z wypłat była większa od pozostałych. Postanowiłam zjeść bez kartkowy obiad. Udałam się do restauracji. Zamówiłam ziemniaki z kiszoną kapustą. Jadłam z apetytem. W pewnym momencie zauważyłam, że obserwuje mnie żołnierz w lotniczym, mundurze. Zaczepił mnie gdy wychodziłam. Przedstawił się (Karl miał na imię) i zaproponował pójście do kina. Zgodziłam się. Sala była prawie pusta. Po filmie odprowadził mnie do domu. Zauważyłam, że był smutny. Żegnając się zapytał czy zgodzę się na spotkanie następnego dnia. Zgodziłam się. Zastanawiałam się potem skąd
u mnie tyle odwagi. Nie odczuwałam przed nim lęku mimo, że pamiętałam to co spotkało mnie na statku. O planowanym spotkaniu powiedziałem właścicielce mieszkania. Zaproponowała abyśmy przyszli do domu. Tak też się stało. Rozmawialiśmy we trójkę. Opowiadał, że jest na krótkim urlopie, że za kilka dni wraca na front. Gdy się żegnał, zapytał czy zgodzę się na spotkanie za cztery dni o godzinie 18, przed domem. Wyraziłam zgodę. Gdy wyszłam, nie było go jeszcze. Dopiero potem zauważyłam, że stał oparty o drzewo. Był smutny. Mówił, że nie ma czasu, musi zaraz wracać bo jutro wyruszają na front. Nie rozmawialiśmy długo. Pocałował mnie a ja pomyślałam, że mogłabym go polubić. Powiedział, że nie ma nikogo bliskiego na świecie oprócz mnie. Wcisnął do mojej kieszeni kopertę prosząc abym wzięła. Powiedział, że nie wie czy wróci. Po powrocie do domu kopertę otworzyłam. Było w niej 300 marek i jego zdjęcie.
Następnego dnia poprosiłam w fabryce o godzinę wolnego. Dostałam. Poszłam na dworzec, chciałam go jeszcze zobaczyć. Stanęłam na peronie. Po pewnym czasie wyszedł z wagonu. Uśmiechnęłam
się do niego. Był jak zawsze poważny. Staliśmy trzymając się za ręce. Nie mówiliśmy nic. W pewnym momencie ścisnął moje dłonie mocniej. Odwrócił się i poszedł do wagonu. Powiedziałam:- Do widzenia – Nie odpowiedział nic, nie odwrócił się. Wsiadł do pociągu i więcej go nie widziałam. Bardzo dużo myślałam o nim. Nie otrzymałam od niego żadnej wiadomości. Po pewnym czasie, wracając z pracy, zaczepiona zostałam przez żołnierza, który, powiedział, że zna mnie, że jest kolegą Karla. Przekazał mi smutną wiadomość. Karl zginął podczas walki. Zrobiło mi się ogromnie smutno. Zastanawiałam się dlaczego nie dane było mu żyć. Zrozumiałam dlaczego był smutny, poważny. Myślę, że wiedział jak wojna się dla niego skończy. Mimo ogromnego smutku, nie płakałam
Była już wiosna mimo, że było zimno. Za oknami, dzień i noc, wozami konnymi, na piechotę z tobołkami w rękach, maszerowali ludzie uciekając przed Rosjanami. W radio bez przerwy podawano komunikaty o zbliżającym się rosyjskim froncie. Pani u której mieszkałam zaproponowała
abym uciekała także. Skontaktowała mnie z małżeństwem, które wyjeżdżało samochodem. Zgodzili się zabrać mnie ze sobą. Wyjechaliśmy rano. Uciekaliśmy w kierunku frontu amerykańskiego. Widziałam bombardowane miasta, ogromne zniszczenia. Z powodu zniszczonych kanalizacji, auto pchaliśmy przez wodę zalewającą ulice. W końcu dotarliśmy do małego miasteczka. Tam zakwaterowano nas w szkole gdzie spaliśmy na podłodze. Następnego dnia zrozumiałam, że moja dalsza podróż autem kończy się właśnie w tym miasteczku. Udałam się do punktu ewakuacyjnego Otrzymałam gorący posiłek bilet kolejowy z informacją, że mama wysiąść w miejscowości Grimma. Tak też zrobiłam. Blisko stacji był mały hotelik. Tam zostałam zakwaterowana. Umyłam się i położyłam spać. Byłam bardzo zmęczona. Usnęłam natychmiast. Następnego dnia wyszłam szukać pracy. Bardzo szybko zaproponował mi pracę ogrodnik. Była wiosna, pracy w ogrodnictwie było dużo. Zgodziłam się na warunki z tym, że postanowiłam zorientować się czy nie ma pracy w jakiejś restauracji. Byłam przecież kelnerką. Poszłam do
właściciela hotelu. Po kilku pytaniach zgodził się na moje zatrudnienie w charakterze kelnerki. Jednego kelnera już mieli. Był to wysoki, chudy Czech. Miał narzeczoną Niemkę. Była tego samego wzrostu co ja. Bardzo miła. Nie miałam wymaganego stroju więc ona firmowe ubranie mi sprezentowała. Nie chciała żadnych pieniędzy. Prosiła tylko o papierosy, jeżeli będę miała. Okazja trafiła się szybko. Jeden z moich klientów, po zjedzeniu obiadu wyszedł z lokalu zostawiając paczkę papierosów na stole. Cieszyłam się, że mogę Niemce odwdzięczyć się za strój.... W hotelu miałam swój mały pokój, gdzie spałam, odpoczywałam w chwilach wolnych od pracy. Miałam z Czechem jednakową ilość stolików do obsłużenia. Już po kilku dniach moje stoły były zawsze pełne gości, jego stały raczej puste. Złościł się na mnie, był zazdrosny. Nie wiedział jak mi dokuczyć, to pewnego poranka rozłożył dla mnie tylko trzy stoły. Nie martwiłam się bo wiedziałam, że zarobię dużo z kieszonkowego, które otrzymywałam od gości. Najczęściej byli to niemieccy oficerowie przebywający na urlopach wypoczynkowych czy zdrowotnych. Gdy
przychodzili pytali, które stoliki są moje. Jeżeli były zajęte, niezadowoleni siadali do stolików obsługiwanych przez Czecha. Szef chwalił mnie, że od momentu mojego przybycia do hotelu i podjęcia tam pracy, obroty restauracji bardzo się zwiększyły. Wiedziałam, że szef i jego żona lubią mnie. Okazywali mi to wiele razy. Tylko ich córka była o mnie zazdrosna. Obawiała się, że odbiję jej narzeczonego, który w tamtym czasie przebywał w domu lecząc wojenne rany. Szefowa także miała w tym względzie obiekcje. Zapytała się mnie nawet czy podoba mi się Franek. Odpowiedziałam, że nie bo jest gruby i mały. Od tego momentu temat Franka nie był poruszany
Amerykanie zbliżali się bardzo szybko. Wiele nocy przesiedzieliśmy w piwnicy. Słychać było silniki samolotów, wybuchające bomby. Nie bałam się. Ogarnęła mnie apatia. Nie widziałam dla siebie przyszłości. Nawet o domu nie myślałam. Było mi obojętne co się stanie. Nie miałam marzeń. Często dokuczał głód. Na śniadanie kromka chleba z marmoladą. Na obiad ziemniaki z kapustą. Na kolacje kromka chleba z twarogiem. W kuchni
pracowała Niemka i dwie Rosjanki. Zaczynały pracę o 6, ja natomiast o 9. Przychodziłam tam rano, to Rosjanki „częstowały” mnie porcją gotowanych ziemniaków. Pewnego dnia szef zrobił awanturę mówiąc, że wieczorem jest pełny garnek ziemniaków przygotowanych na następny dzień a rano połowa. Od dnia awantury nie odważyłam się jeść tych ziemniaków. Na stole był zawsze krojony chleb, kostka masła i marmolady. To był posiłek sprzedawany wyłącznie na kartki. Raz nie wytrzymałam, sięgnęłam po kromkę chleba i kostkę marmolady. Schowałam pod fartuch i poszłam do ubikacji zjeść. Nie uważałam, że popełniłam grzech. Gdybym wzięła kostkę masła, to tak, ale marmolada i kromka chleba to nie kradzież i nie grzech. Tak wówczas myślałam. Z biegiem czasu nauczyłam się okradać Niemców z kuponów żywnościowych. Gdy zbliżał się koniec miesiąca a Niemiec miał jeszcze dużo kuponów kasowałam go podwójnie. Na początki, gdy zamawiał i na końcu gdy kończył posiłek. Gdy zwracał mi uwagę, że kupon żywnościowy wzięłam wcześniej, nie przyznawałam się do tego. Udawałam, że szukam w kieszeni. Oczywiście nigdy
nie znalazłam. Najczęściej stwierdzali, że pewnie zgubiłam. Kiwali z politowaniem głową i pozwalali na kolejne pobranie kuponu. Żywność kupowałam u Niemki pracującej w kuchni. Najczęściej chleb twarogiem. Ona też nie miała dużo, ale miała lepiej ode mnie bo pracowała w kuchni. Przez kilka dni w hotelu mieszkała kobieta z dzieckiem. Pokazała mi piękną suknię mówiąc przy tym, że dostała od męża, który przebywał we Francji. Koniecznie chciałam tę sukienkę mieć. Nie chciała sprzedać. W końcu udało mi się ją przekonać. Zapłaciłam 300 mk i sukienka była moja. To było dużo pieniędzy. Niestety nic za nie, nie można było kupić. Byłam szczęśliwa, że mogłam kupić chociaż tę sukienkę. Prosiła mnie bardzo abym o naszym handlu nikomu nie mówiła. W sali restauracyjnej wisiał bardzo duży portret Hitlera. Pewnego dnia ściana była pusta. Portret zniknął.
Po kilku dniach okazało się, że miasto poddało się amerykanom bez jednego wystrzału. Zamknięto wszystkie urzędy. Hotel i restaurację w której pracowałam, także. Widziałam przez okno amerykańskie czołgi, żołnierzy amerykańskich.
Naprzeciw hotelu, po drugiej stronie ulicy mieściła się cukiernia. Widziałam przez okno jak właściciel cukierni, Niemiec, wychodził do Amerykanów z pełną blachą ciasta, częstował ich. W tym, okresie nie było cukru, nie było nic słodkiego., a ja tak bardzo pragnęłam zjeść coś słodkiego. Widząc, że posiada ciasto, poszłam do cukierni prosząc o sprzedanie czegokolwiek, byle było słodkie. Niemiec odmówił. Odmowę uzasadnił brakiem kartki żywnościowej. Od Amerykanów kartek nie żądał, ode mnie tak.
W latach dziewięćdziesiątych byłem z Kirsti w Grimma. Szukaliśmy hotelu, cukierni o której wyżej. Nie była pewna czy rozpoznała miejsca. Po zakończeniu poszukiwań udaliśmy się do kawiarni. Kirsti poprosiła o ciastko. Nie chciała kawy mimo, że kupiłem. Obserwowałam jak je. Było w tym coś dziwnego. Nie wiedziała, że obserwuję. W pewnym momencie powiedziała do siebie: -I TAK ZJEM !– Nie wiedziałem o co chodzi. Teraz wiem. Zbyszek
Wszyscy pracownicy restauracji i hotelu zostali zwolnieni z pracy. Mnie nie zwolniono. Myślę, że byłam lubiana przez ludzi u których pracowałam. Traktowali mnie jak córkę. Pewnego dnia otrzymałam klucz od piwnicy. Miałam przynieść kakao. To co tam zobaczyłam wprowadziło mnie w ogromne zdumienie. Było tam wszystko co dusza zapragnie, czekolada, kakao, wiele rodzajów suszonych wędlin, cukierki. Nie wzięłam nic, nawet jednego cukierka. Zaczynałam jadać przy jednym stole z właścicielami. Szefowa coraz częściej piekła placki.. Pewnego wieczoru kolacja składała się z chleba, kakao i masła.
Po kilku dniach od przybycia żołnierzy amerykańskich, do hotelu przyszedł jeden z nich. Powiedział po niemiecku, że hotel ma być pusty bo zamieszkają w nim żołnierze amerykańscy. Pokoje w hotelu przedzielone były cienkimi ściankami wyklejonymi tapetami. W jednym z takich pomieszczeń spałam. Przychodziłam do pokoju po zakończeniu pracy. Szłam cicho, aby nikt nie słyszał. Nie chciałam aby amerykanie wiedzieli, że tutaj śpię. Usypiałam już gdy usłyszałam, że ktoś
stara się otworzyć drzwi. Zerwałam się z łóżka, założyłam na siebie płaszcz i schowałam za zasłoną. Do pokoju ktoś wszedł, zapalił latarkę, potem włączył światło. Rozglądał się po pokoju. Gdy mnie zauważył, próbowałam uciec. Złapał mnie i powiedział, łamanym niemieckim, że w hotelu mieszkają nie tylko biali żołnierze ale także kolorowi i mam się zdecydować co wolę. Zostać z nim czy iść do nich. Drżałam ze strachu, łzy płynęły mi z oczu. Klęknęłam u jego stóp prosząc aby mnie nie krzywdził. Patrzył na mnie zastanawiając się co zrobić. Chyba zrobiło mu się mnie żal. Podniósł mnie z podłogi, wyciągnął z kieszeni dwie konserwy oraz grubą, dużą tabliczkę czekolady. Położył na stole a sam siadł na krześle. Po chwili poszedł. Do rana siedziałam za szafą. Gdy zaczęło się przejaśniać poszłam do kuchni. Tam okazało się, że szef z rodziną nocował w kuchni . Nie wiedziałam o tym. Przekonana byłam, że mieszkają w pokojach hotelowych. Powiedziałam co przeżyłam. Problem rozwiązał się sam. Amerykanie tego samego dnia opuścili hotel a ja zabrałam się za sprzątanie po nich. Następnej nocy nie musiałam nocować w hotelu.
Przeniosłam się do znajomych właścicieli hotelu. Mogłam u nich nocować za darmo. Wychowywali 4letniego syna. Pewnego dnia , po obiedzie, chłopak wyszedł z matką na spacer. Myłam naczynia gdy podszedł do mnie mąż właścicielki i zaczął mnie całować. Zaczęłam krzyczeć : - nie, nie !!!.- i odepchnęłam napastnika mocno. Chyba zbyt mocno bo mało się nie przewrócił. Wyszedł z kuchni i poszedł do miasta. Nie mówiłam o zdarzeniu żonie, nie chciałam robić jej przykrości Następnego dnia najemczyni wypowiedziała mi pokój. Przeprosiła mnie mówiąc, że na zamieszkanie z nimi nie zgadza się jej mąż. Wróciłam do hotelu, który w dalszym ciągu był zamknięty.
Dowiedziałam się, że w miejscowości Manhaim jest zgrupowanie obcokrajowców. Pojechałam tam z nadzieją, że spotkam finów z którymi będę mogła wrócić do domu. Jechałam cały dzień pociągiem. Wieczorem byłam na miejscu. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie noga, która bardzo spuchła. Jedna pani zaproponowała abym udała się po pomoc do ośrodka medycznego dla
obcokrajowców. Tak też zrobiłam. Założono mi kompres na nogę i kazano zostać w ośrodku. Opiekował się mną młody belgijski lekarz. Miał tam praktykę lekarską.
Brałam okłady i po trzech dniach opuchlizna zeszła. Do dzisiaj nie wiem co to było. Podczas pobytu w szpitalu zauważyłam, że ten młody lekarz zaczyna się mną interesować. Wypytywał skąd jestem, gdzie mam zamiar pojechać itd. Tam, gdzie przebywałam, nie było Finów. Dowiedziałam się, że są w miejscowości Mosbach. Miałam zamiar tam pojechać, ale on odradzał. Prosił abym została, że mi pomorze. Zaproponował abym pomagała w szpitalu. Odmówiłam, nie byłam przecież pielęgniarką. Powiedział, że mnie nauczy . Zgodziłam się więc. Tak naprawdę, nie miałam gdzie iść a tam ,nie było źle. Miałam swoje łóżko, zapewnione jedzenie. Po około dwóch tygodniach zapytała Belga co ze mną dalej będzie, gdzie mam się udać, czy pomoże tak jak obiecał. Zaproponował rozmowę po pracy. Udaliśmy się na spacer. Po pewnym czasie siedliśmy na ławce. Chwycił mnie za rękę. Spojrzałam na niego.
Zrozumiałam, że jest we mnie zakochany. Był sympatyczny, miły, uprzejmy, ale nie odpowiadał mi. Poprosił abym nigdzie nie wyjeżdżała, abym z nim została. Stwierdził, że niedługo zakończy praktykę i zostanie lekarzem. Zaproponował wyjazd do Belgi a potem ślub. Mówił, że będzie mi dobrze w jego kraju. Nie wyraziłam zgody. Było mi go żal. Wydawał się być silnym mężczyzną a był bliski płaczu. Rozstaliśmy się bez słów. Leżąc w łóżku myślałam o tym, że spotykają mnie w życiu jedynie przykrości. Postanowiłam wyjechać do Mosbach. Chciałam jeszcze raz dać sobie w życiu radę. Następnego dnia, rano, usłyszałam na korytarzu krzyki wzywające pomocy, proszące aby go ratować. Przestałam na to zwracać uwagę. Zaczęłam się pakować, gdy zapukano do moich drzwi. Był to jeden z lejarzy, który poprosił mnie do swojego gabinetu. Byłam trochę zdziwiona. Myślałam, że dzięki „mojemu” Belgowi otrzymam propozycję opuszczenia szpitala. Okazało się, że byłam w błędzie. Belg próbował popełnić samobójstwo. Gdy się o tym dowiedziałam zaczęłam krzyczeć, że to nie moja wina. Zaczęłam się trząść. Uspokoiły mnie leki, które otrzymałam.
Lekarz, który poprosił mnie do siebie powiedział, że jest we wszystkim zorientowany. Dziwił się, że nie wyraziłam zgody na zostanie z Belgiem. Mówił o jego zaletach, o karierze jaka przed nim. Prosił abym udała się do Belga i wyraziła zgodę na zostanie z nim. Zgodziłam się. Leżał w łóżku, miał bladą twarz. Gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się. Wyraził zadowolenie, że przyszłam. Powiedział, że mnie kocha i zapytał czy z nim zostanę. Obiecałam. Zaproponowałam aby odpoczywał bo jest zmęczony. Sama też wyraziłam chęć odpoczynku. Umówiliśmy się na dzień następny. Po przyjściu do pokoju, spakowałam walizkę a wieczorem cichutko wyszłam na ulicę i udałam się na dworzec kolejowy. Przesiedziałam tam całą noc gdyż pociąg do Mosbach był dopiero rano.
W Mosbach udałam się do biura meldunkowego gdzie skierowano mnie do obozu międzynarodowego a tam ulokowano mnie w jednym z pokoi baraku zamieszkałego przez pięć dziewcząt. Była ciepła woda, prysznic. Traktowano nas jak wojskowych. Dwa razy dziennie apel a o 22-giej cisza nocna. Ponadto ogrom zajęć,
najczęściej sportowych. Było wesoło. Cały czas myślałam o powrocie do domu. Pewnego dnia udałam Się do Czerwonego Krzyża z prośbą aby wyznaczono mnie do wyjazdu, określono termin itd. Spotkałam tam rodaka, który był tłumaczem amerykańskiego oficera. Odradzał mi wyjazd. Proponował abym poczekała jeszcze. Mówił, że na drodze jest jeszcze wiele min, że trasa wiedzie przez Związek Radziecki, że nie jest to trasa bezpieczna. Zostałam. Życie w obozie biegło bardzo szybko. Otoczona byłam Polkami, które dużo śpiewały. Po pewnym czasie śpiewałam z nimi. Zaprzyjaźniłam się z Janiną, mieszkanką Krakowa. Chodziłyśmy razem na potańcówki, gdzie uczyłam się tańczyć. Miałam trzech adoratorów. Uwodzili mnie. Podobali mi się chociaż nie miałam do nich zaufania. Byli zbyt agresywni. Jednego wieczoru, gdy spacerowałam sama przed barakiem, jeden z nich próbował mnie uderzyć. Udało mi się uciec. Widocznie ktoś zauważył całe zdarzenie bo zameldował o tym komendantowi. Napastnik dostał trzy dni aresztu. Od tego czasu omijał mnie z daleka. Na zabawy przestałam chodzić, gdy okradziono mnie z pieniędzy. Po kilku
dniach wezwano mnie do komendantury gdzie zwrócono mi pieniądze. Komendant powiedział abym dbała o swoją własność. Nic więcej na temat kradzież nie usłyszałam. W obozie było trzech komendantów. Pewnego dnia koleżanka powiedziała mi, że jeden z nich chciałby się ze mną poznać. Zgodziłam się pod warunkiem, że przyjdę z koleżanką. Następnego dnia o godz.11 udałyśmy się do jego baraku. Przyjął nas w swoim pokoju. Zauważyłam, że było tam wszystko na swoim miejscu. Przede mną stał wysoki, przystojny, starszy ode mnie mężczyzna. Od razu poczułam zaufanie do tego człowieka. Był to polski oficer, który podczas wojny dostał się do niewoli. W chwili poznania był jednym z komendantów obozu. Miał na imię Witek. Zaczęliśmy się spotykać. Każdego dnia chodziliśmy na spacery. Do znajdującego się obok obozu sadu. Był bardzo opiekuńczy, traktował mnie po ojcowsku. Imponowało mi to u niego. Jak już wcześniej wspomniałam, o godz. 22 musiałyśmy być wszystkie w łóżkach. Często sprawdzano czy tak jest rzeczywiście. Oczywiście sprawdzał Witek z innymi. Spałam na górnym łóżku. Podczas jednej
z kontroli, Witek odwrócił się do mnie tyłem i rzucił na moje łóżko torebkę z kilkoma gruszkami. Gdy wyszli z pokoju, pochwaliłam się dziewczynom, że otrzymałam od niego gruszki. Ugryzłam jedną i z obrzydzeniem wyrzuciłam. Myślałam, że jest zgniła. Nie mogłam zrozumieć jak mógł coś takiego zrobić. Dopiero dziewczyny powiedziały , że gruszki są bardzo dobre i że nie są zepsute tylko dojrzałe. Nigdy wcześniej nie jadłam gruszek, co najwyżej jabłka lub pomarańcza. Gdy zostałam przekonana co do dobrych intencji Witka, postanowiłam zjeść gruszkę. Niestety, wszystkie zostały zjedzone przez koleżanki z pokoju. Jedząc tłumaczyły mi, że owoce są dobre. W obozie nie było głodu. Jedzenia było pod dostatkiem. Nawet kawa, czekolada. Wszystko było zorganizowane. Plan dnia wypełniony do ostatniej minuty. Marsze, śpiewy, przedstawienia. Śpiewał także Witek. Śpiewał o smutnej dziewczynie, która marzyła o szczęściu.
Pierwszych polskich słów nauczył mnie Witek. Tłumaczył mi, że jeżeli ktoś mnie będzie zaczepiał, mam powiedzieć: - Spier...laj, nie bądź bezczelny-. Skutkowało. Faceci byli zdziwieni, że znam Polski.
Po trzech miesiącach od poznania się Witek powiedział, że mnie kocha. Powiedziałam prawdę, że go lubię, że czuję się dobrze w jego towarzystwie
Od Amerykanów Witek otrzymał motocykl z przyczepą. Jeździliśmy na wycieczki. Pewnej niedzieli powiedział, że jedzie do kolegi. Zaproponowałam, że też pojadę. Nie chciał się zgodzić. Uśmiechał się, kręcił coś. Zakończyło się tak, że nie pojechał w ogóle. Poszliśmy na spacer podczas, którego powiedział, że mnie Klocha. Zapytał czy zostanę jego żoną. Wiedziałam, że muszę powiedzieć tak. Wiedziałam, że mam swojego opiekuna. Wieczorem nie mogłam zasnąć. Myślałam o jego wyznaniu i mojej twierdzącej odpowiedzi. Byłam przekonana, że zrobiłam dobrze. Myślałam, że razem wyjedziemy do Finlandii i tam będziemy wieść szczęśliwe życie.
Graliśmy w świetlicy w ping ponga, gdy Witek zapytał mnie czy jestem taka biała jak piłeczka od gry. Wówczas zaczęłam opowiadać swoje przeżycia. Organizacją ślubu zajął się Witek. Zorganizował mi piękną białą suknię z welonem.
Potem był urząd stanu cywilnego w Mosbach i kościół katolicki znajdujący się przy obozie. Wesele z orkiestrą w świetlicy obozowej. Poczęstunek zorganizowany przez amerykanów, dla wszystkich gości a było ich wielu.
Teraz ,mogliśmy wyjechać gdziekolwiek chcieliśmy. Bardzo dużo osób wyjechało do Australii a ja planowałam powrót do Finlandii. Myślałam, że tam podejmiemy decyzję gdzie zamieszkamy potem. Witek był innego zdania. Mówił, że pojedziemy do Polski a dopiero potem do Finlandii. Miałam wówczas 18 lat, zgodziłam się. Był moim mężem, którego z każdym dniem kochałam coraz bardziej.
KAŻDY KTO SPADNIE ZA HORYZONT MARZEŃ ZNAJDZIE SIĘ W SYTUACJI, Z KTÓREJ NIE MA POWROTU GDYŻ NASTĄPI KONIEC MARZEŃ
Wracaliśmy wagonem towarowym. Wraz z nami jechało 10 osób. Dłuższy postój mieliśmy w Pradze. Witek wyszedł na peron. Nie było Go pewien czas. Bałam się, że nie wróci, bałam się o przyszłość. Sama, daleko od domu.
Niepotrzebnie się bałam. Gdy wrócił miał dla mnie coś do picia. Polskę zobaczyłam po dwóch dniach podróży. Na granicy z Polską wszyscy wysiedliśmy z wagonu. Zostaliśmy wylegitymowani. Był tam zorganizowany punkt powracających do Polski. Dostaliśmy jedzenie a następnie bilet upoważniający do dalszej jazdy na terenie Polski.
Czułam się bardzo źle, było mi niedobrze. Będący na miejscu lekarz zbadał mnie i powiedział, że jestem w ciąży. Dalsza podróż odbywała się w wagonie osobowym polskiego pociągu. Miejsce docelowe to miejscowość Kobylin. Tam mieszkała rodzina męża, czyli rodzice, trzy siostry i brat. Przywitano nas bardzo ciepło. Ojciec męża pracował na kolei i mieszkał w budynku kolejowym. Zakwaterowaliśmy się na strychu tego budynku. Witek od pierwszego dnia zaczął szukać pracy. W pierwszej kolejności zwrócił się do instytucji wojskowych. Pragnął pracować w wojsku, taki był jego zawód. Niestety, komisji rekrutacyjnej przewodniczył oficer rosyjski. Nie wyraził on zgody na zatrudnienie w wojsku męża.
Powiedział : Przedwojennych żab nie potrzebujemy-.
W końcu pracę otrzymał. Zatrudnił się w nadleśnictwie w charakterze sekretarza. Do pracy dojeżdżał rowerem. Dziesięć kilometrów w jedną stronę. Zarobione pieniądze szły na nasze utrzymanie. Towar był na kartki. Z Niemiec przywieźliśmy dużo konserw, mleka w proszku, mydła. Bardzo dużo mydło sprzedała teściowa a ja pragnęłam aby mieć czym myć i kąpać moje dziecko. Mlekiem w proszku karmiła świnie, które hodowała. Często pachniało mlekiem, ale nigdy nie poprosiłam aby dała mi choć trochę się napić. Ona sama nigdy nie zaproponowała mi mleka chociaż dobrze wiedziała, że kobieta w poważnym stanie potrzebuje produktów nabiałowych.
W wolne popołudnia, po pracy, chodziliśmy z Witkiem na spacery do lasu. Rozmawialiśmy wyłącznie po Niemiecku dlatego też nie mogliśmy swobodnie porozumiewać się będąc wśród ludzi. Polacy doznali dużo krzywd od Niemców i m.inn z tych powodów nienawidzili tego języka. Po Niemiecku rozmawiała mama męża oraz brat,
który z zawodu był nauczycielem. Podczas jednego ze spacerów natrafiliśmy na malinowy krzew. Nie znałam malin. W Finlandii nigdy ich nie widziałam. Co najwyżej mogłam w sklepie kupić jabłka, pomarańcza oraz inne owoce pochodzące z ciepłych krajów. Witek zaproponował aby zjadła. Pomógł mi nawet rwać. Zjadłam dużo, być może także z robakami. Efekt był taki, że wieczorem zrobiło mi się niedobrze. Dostałam gorączki, wymiotowałam. Od tej pory nie mogę jeść nawet dżemu malinowego. To okropne uczucie pozostało mi do dnia dzisiejszego.
Po pewnym czasie brat męża, który wobec mnie był zawsze bardzo uprzejmy wyjechał do Kalisza. Podjął tam pracę w charakterze nauczyciela. Po roku czasu zawarł związek małżeński z nauczycielką.
Miał tylko trzy kilogramy. Mijał dzień za dniem. Marzyłam o niezależnym mieszkaniu. O tym abym mogła zamieszkać tam tylko z Witkiem. Nie spodziewałam się, że nastąpi to tak bardzo szybko. Na prośbę mamy poszłam wykopać młode ziemniaki. Nie wiedziałam jak to
się robi. Wyrywałam całe krzaki zamiast wyłącznie ziemniaki. Było to powodem dużej awantury. Teściowa, gdy zauważyła co robię nakrzyczała na mnie. Usiłowała mnie uderzyć. Zdążyłam się uchylić i płacząc uciekłam. Poszłam w kierunku z którego Witek wracał rowerem, z pracy. Byłam już w lesie, połowie drogi do Witka pracy, gdy nadjechał. Płacząc opowiedziałam co mnie spotkało. Po powrocie do domu, mąż kazał mi iść do naszego pokoju a sam udał się do mamy. Słyszałam kłótnię, ale nie rozumiałam z tego nic bo nie umiałam zbyt dużo po polsku. Potem zaległa dłuższa cisza po której wrócił Witek. Powiedział, że mamy mieszkanie. Mieszkaniem tym był jeden pokój w starym domu a w nim piec umożliwiający gotowanie, bieżąca woda oraz wc na podwórzu. Zaczęła się przeprowadzka. Z Niemiec mieliśmy żelazne łóżko z materacami, amerykańską pościel. Nie było stołu ale mieliśmy walizki, które stół zastępowały. Uczyłam się gotować. Nie bardzo umiałam a przy tym wszystkiego było brak.. Mąż po pracy chodził na polowanie. Strzelbę pożyczał od nadleśniczego, który wiedział, że jest to niezgodne z przepisami ale przymykał oko na ten
proceder. Sam też kłusował gdyż miał na utrzymaniu żonę i pięcioro dzieci. W ten sposób, co jakiś czas miałam na obiad zająca, kuropatwę. W międzyczasie zmieniliśmy mieszkanie na większe. Otrzymaliśmy pokój z kuchnią na poddaszu budynku mieszczącego się tuż przy cmentarzu. Z uwagi na pochyłość dachu nie wszędzie można było stać w pozycji wyprostowanej. Miałam za to pożyczony stół i dwa krzesła. Prawie codziennie byłam świadkiem pogrzebu. Po jednym z polowań, Witek zbyt długo nie wracał. Nigdy tak nie postępował. Zaczęłam się bać, obawiałam się najgorszego, płakać mi się chciało. W takiej scenerii, trzęsąc się ze strachu oczekiwałam męża. Wreszcie usłyszałam na schodach ciężkie kroki i jakby ktoś ciągnął coś na górę. Bałam się otworzyć aby zobaczyć kto idzie. Wreszcie pukanie do drzwi i prośba: Kirsti otwórz-. Otwieram a tam Witek z zastrzelonym jeleniem na plecach. Ucieszyłam się bardzo, że w końcu mój kochany wrócił do domu. Nie mógł przyjść wcześniej. Bał się wracać z jeleniem na plecach w biały dzień. Obawiał się milicji dlatego czekał w lesie do zmroku. W tym czasie bardzo wcześnie
przyszły mrozy. Lodówek nie było więc cielaka, po oczyszczeniu, Witek powiesił na strychu. Tej samej nocy mięso zamarzło. Było co jeść. Brak tłuszczu uniemożliwiał smażenia mięsa, gotowałam więc zupy. Mama nie odwiedzała nas nigdy. Gdy dowiedziała się, że mamy jelonka przyszła. Zapytała czy może otrzymać trochę mięsa. Powiedziałam aby poszła na strych i ukroiła sobie kawałek. W ten sposób zostałam najlepszą synową.
Z czasem dowiedziałam się, że Witek miał narzeczoną, córkę bogatego rolnika. Wszyscy byli pewni, że się z nią ożeni. W okresie gdy mieszkaliśmy u mamy, siostra tej narzeczonej przyjechała do mamy dowiedzieć się czy to prawda, że Witej jest już żonaty. Pamiętam jej wizytę, ale nie rozumiałam rozmowy, nie wiedziałam o co chodziło. Później Witek mi powiedział, że jak byliśmy w Niemczech miał jechać do niej. Podczas wojny przebywała tam na przymusowych robotach. Ja podobno byłam przeszkodą przez którą nie pojechał.
Zbliżał się dzień mojego rozwiązania. Podświadomie czułam, że coś się stanie. Obudziłam męża. Przestraszył się bardzo i pobiegł po akuszerkę. Ona powiedziała, że coś jest nie tak i trzeba mnie zawieźć do szpitala w Krotoszynie. W Kobylinie szpitala nie było. Nie mieliśmy czym się dostać. Najszybszą podróż gwarantowała dorożka. Tak też, wraz z mamą, udaliśmy się w 10 kilometrową podróż. Jeszcze nie wiedziałam co mnie czeka. Przyjął mnie lekarz i zakonnica, która była zarazem pielęgniarką. Podczas przerwy w bólach podała mi prawdziwą kawę. Nie wiem skąd miała bo w sklepach nie można było jej kupić. Minął cały dzień, noc a moje dziecko nie chciało przyjść na świat. Rano przyszedł lekarz z żoną, także lekarzem. Dostałam narkozę. Gdy się obudziłam byłam w szpitalnym łóżku. Zobaczyłam stojących lekarzy. Zapytałam czy mam dziecko, na tyle umiałam już po polsku. Lekarz kazał przynieść dziecko abym mogła zobaczyć. Pamiętam jeszcze dziś jaki był malutki . Miał długie włosy i takie bardzo miękkie policzki. Nie widziałam koloru oczu bo były zamknięte. Przygarnęłam dziecko z całą duszką do siebie i zasnęłam. Jak obudziłam się
dziecka już nie było, ale zaraz przynieśli mi je do karmienia. Ważył tylko trzy kilogramy. Po południu przyjechał z kwiatami mąż. Poród był kleszczowy co spowodowało, że twarz dziecka była wykrzywiona. Ja tego nie zauważyłam. Dla mnie był najpiękniejszym dzieckiem na świecie. Lekarze uspakajali mówiąc, że wszystko wróci do normy. Tak też się stało. Po pewnym czasie Witek powiedział mi, że nie mógł zrozumieć dlaczego został przez Boga ukarany tak brzydkim dzieckiem. Chrzest był bardzo uroczysty. Ja do kościoła nie mogłam jeszcze iść ale w domu był uroczysty obiad, który przygotowała mam. Oczywiście ze zwierzyny upolowanej przez męża.
Uczyłam się być mamą. Często brałam syna na ręce, kołysałam, patrzałam jak śpi a spał ciągle. Chciałam aby zaczął się do mnie uśmiechać. Podczas jednej z kąpieli położyłam go na stole, ręczniku. Odwróciłam się aby wziąć pieluchę gdy usłyszałam miękki stuk. Odwróciłam się i zobaczyłam golutkiego syna leżącego na podłodze. Nie płakał. Wzięłam go ostrożnie na ręce. Bałam się złamań. Nie zaobserwowałam
żadnych objawów, ale zdarzenie to nie dawało mi spokoju. Poszłam do lekarza. Zapytałam czy mogę mówić po niemiecku. Zgodził się. Poprosiłam aby zbadał czy z chłopcem jest wszystko dobrze. Nie powiedziałam co się stało. Syn był trochę gimnastykowany a potem usłyszałam diagnozę, że dziecko jest zdrowe. To nie jedyny brak matczynego doświadczenia. Trzymałam syna na kolanach a sama jadłam chleb z twarogiem. Patrzył na mnie, myślałam, że też chce jeść. Dałam mu trochę do buzi a Ion zjadł. Potem położyłam go spać. Po około godzinie zaczął bardzo głośno płakać. Byłam zdziwiona bo nigdy nie płakał. Nie wiedziałam co robić. Pobiegłam do mamy, która odwinęła kocyk i zobaczyła, że dziecko ma brzuch jak balon. Co mu dałaś jeść- spytała. Bałam się przyznać, że dałam kawałek sera bo on miał dopiero miesiąc . Skłamałam mówiąc, że dostał tak jak zawsze, mleko. Mama stwierdziła, że mleko musiało być stare. Zaczęła masować brzuszek synka, który zaczął puszczać bąki jaka stary chłop i przestał płakać. Nie miałam nigdy możliwości przebywania z małymi dziećmi. Książek na ten temat, pisanych po polsku, nie umiałam czytać.
Z Finlandią nie miałam kontaktu. Dopiero później dochodzić zaczęły listy. Dostałam książkę na temat opieki nad dziećmi. Dostałam też książkę kucharską. Przecież nie umiałam nawet gotować.
Pierwszy list dostałam od mamy. Był to smutny list. Bardzo płakałam. Mamie było Smutno, że jestem tak daleko, że nie możemy się spotkać. List od siostry był bardzo przykry. Nie mogła zrozumieć, że pojechałam w daleki świat nic nikomu o swoich planach nie mówiąc. Miała rację. Jednak nic i nikt mojej decyzji nie mógł zmienić. Miałam już swój świat a był nim synek i mąż. Pewnego dnia, po pracy mąż zakomunikował mi, że jedziemy na ziemie zachodnie, że otrzymał tam pracę w nadleśnictwie oraz, że dostał mieszkanie. Sprawy związane z nowym zatrudnieniem i przeprowadzką załatwiała żona leśniczego u którego Witek pracował a której rodzice tam mieszkali. Wieś do, której się przenieśliśmy nazywała się Przyborów. Położona była blisko Nowej Soli. Jechaliśmy pociągiem. Dziecko, owinięte poduszka, trzymałam na kolanach. Na dworcu czekał jakiś leśniczy, który wozem konnym
wiózł nas jakieś 4 km. Na miejscu czekali na nas mama i ojciec żony nadleśniczego z Kobylina. Mieli duży, piękny dom pozostawiony przez Niemców. Oświadczyli, że do momentu aż Nadleśnictwo nie zorganizuje nam nowego lokum mieszkać będziemy u nich. To byli bardzo dobrzy ludzie. Gospodyni uczyła mnie gotować, upiec ciasto, prać. Po trzech miesiącach otrzymaliśmy do zamieszkania cały dom, który znajdował się blisko tego w którym dotąd mieszkaliśmy. Na dole dwa pokoje z umeblowaniem pozostawionym przez Niemców. Na górze identycznie. Była nawet łazienka. Co lepsze rzeczy zostały przez Polaków wyniesione. Synek miał już swoje łóżeczko my trochę później znaleźliśmy sypialnię. Nie było tylko szafy, ale ładna toaleta i dwa nocne stoliki. Mężowi udało się kupić mały, spacerowy wózek dla dziecka którego ciągle odpadało jedno kółko. Wiesiu zaczynał już chodzić więc razem chodziliśmy do lasu gdzie zbierałam jagody. Las był zaraz za domem. Próbowałam go uczyć zbierać jagody ale jemu bardziej podobały się jagody z mojego koszyka. W końcu sam wyglądał jak jagoda, tak był ubrudzony.
W nadleśnictwie mąż pracował jako sekretarz, jednocześnie był kasjerem. Pieniędzy nam nie brakowało, ale trudno było coś kupić. Nawet mleka dla dziecka brakowało. Nowa Sól oddalona była od wioski 3 km. Dowiedziałam się, że na tamtejszym targowisku można było wszystko sprzedać i kupić. Poszłam tam wraz z Wiesiem. Podeszłam do jednej gospodyni, która sprzedawała kozę. Zapytałam czy ta koza daje mleko. Powiedziała, trochę po polsku, trochę po niemiecki, że tak. Kozę kupiłam, przywiązałam do wózka – spacerówki i udałam się w drogę powrotną do domu. Przechodziliśmy obok nadleśnictwa, gdzie pracował mąż. Okno miał od strony drogi. Gdy mnie zobaczył, wybiegł szybko a za nim pozostali pracownicy. Chcieli mnie zobaczyć jak wyglądam z tą kozą. Okazało się, że zrobiłam dobry interes. Nauczyłam się doić kozę i Wiesiu miał tyle mleka ile chciał.
Wiosną następnego roku mąż otrzymał kolejne przeniesienie do kolejnego nadleśnictwa. Byłam wówczas w ciąży z drugim dzieckiem. Przeprowadziliśmy się do miejscowości Przytok
położonej blisko Zielonej Góry. Do zagospodarowania otrzymaliśmy cały dom. Miałam kozę biegającą luzem i wyjadającą sąsiadom z ogródka co lepszą zieleninę. Sąsiedzi mieli o to pretensję. Starałam się jej pilnować choć czasami uciekała i nie mogłam jej znaleźć. Kiedy wracała wieczorem, stawała na schodach do kuchni, patrzała w okno i wołała: meee, meeee. Gdy wychodziłam z domu, szybko biegła do swojej szopy gdzie nocowała. Kupiłam kurczaki, które tak szybko urosły , że jesienią miałam już jajka dla Wiesia. Nie wiedziałam tylko, że małemu dziecku można dać jedno jajko tygodniowo a ja dawała czasami trzy dziennie. Chłopak zaczynał dostawać wysypki na buzi i szyi. Poszłam z nim do lekarz a ten pyta mnie czym dziecko karmię. Mówię prawdę, że kaszką, mlekiem kozim i często trzema jajkami dziennie. Spojrzał na mnie i powiedział, że tak to jest gdy dziecko ma dziecko. Przypisał maść, a mimo to na szyi zrobił się wrzód. Musieliśmy zawieźć syna do szpitala gdzie wrzód został wycięty. Wiesiu był bardzo osłabiony, ale nie płakał. Następnego dnia było wszystko dobrze, był bardzo wesoły.
W sąsiedztwie mieszkało starsze małżeństwo, które miało adoptowaną córkę. Mąż jej, żołnierze niemiecki, zginął na froncie. Gdy jechałam do szpitala w Zielonej Górze, urodzić drugie dziecko, ona opiekowała się Wiesiem. Poród przebiegał prawidłowo, nie było żadnych powikłań. Urodziłam pulchnego, 4kg grubasa, który zaraz chciał jeść. Dziecko było mocne ponieważ w tym czasie miałam lepsze wyżywienie Były kłopoty z chrztem. Kościół był na miejscu, ale ksiądz nie miał olejków. Trzeba było jechać do kolejnego kościoła oddalonego o 4 km. Nie było samochodu a konia posiadał prawie każdy rolnik. Mąż wynajął furmankę i pojechaliśmy. Chrzestną została siostra męża, Władzia i kolega męża z zawodu ślusarz. Zrobił on Zbyszkowi, nazywanemu później Biniu, ładny wózek. Chrzciny nie były takie huczne jak u pierwszego syna, ale było ciasto, które upiekłam a goście wypili prawie wszystkie słoiki soku z jagód rosnących w przydomowym ogrodzie. Rosły tam także piękne pelargonie, które zjadła koza. Dostała się do ogrodu bo Wiesiu, który już wówczas sam chodził, biegał, nie zamknął furtki. Biegał też do sąsiadów u których kupowałam krowie mleko.
Oprócz krowy i konia mieli małe kotki. Wiesiu bawił się z nimi. Pewnego dnia sąsiadka powiedziała, że syn utopił kociaka w kance od mleka. Co wieczór doiła ona krowę a mleko schładzała w kance, którą następnego dnia rano mieszała gdyż śmietana w schłodzonym mleku była na górze. Następnie jechała na targ i sprzedawała. Robiła tak każdego dnia. Również w dniu gdy stwierdziła, że Wiesiu utopił kotka. Po mieszaniu mleka podniosła pokrywkę kanki i zobaczyła w mleku martwego kota. Przypomniała sobie, że Wiesiu mówił poprzedniego dnia, że kotek śpi w kance i że on go tam przykrył. Kobieta skojarzyła fakty i wiadomo było kto jest sprawcą. Przepraszałam, chciałam zapłacić, ale sąsiadka odpowiedziała, że nie trzeba, że mleko sprzedała
Dzieci chowały się dobrze tylko Biniu dostawał konwulsji. Mnie to przeraziło więc z leśniczówki zadzwoniłam po pogotowie. Lekarz zabrał go na obserwację do szpitala w Zielonej Górze. Po trzech dniach pojechaliśmy rowerami aby dowiedzieć się co z nim jest, jakie są przyczyny konwulsji. Pielęgniarka nie chciała wpuścić nas do szpitala,
mówiąc, że odwiedzin nie ma. Zaczęłam płakać. Usłyszał to lekarz. Gdy dowiedział się o co chodzi to kazał mnie wpuścić. Zobaczyłam Zbyszka stojącego w łóżku i wesoło przebierającego nóżkami. Pokazywał przy tym na inne dzieci. Lekarz powiedział, że nic chłopakowi nie dolega, tylko on ząbkuje. Powiedział, że niektóre dzieci w taki właśnie sposób reagują na wyrastanie ząbków. Zbyszek był wesołym dzieckiem. Uśmiechał się nawet wówczas gdy był chory i miał gorączkę. Gdy zaczął chodzić to często na spacery zabierał go sąsiad, do którego żona zwracała się „Staruszku”. Zbyszek również starał się tak do niego mówić z tym, że mówił „kaluszek”
Jesienią mąż otrzymał kolejne przeniesienie. Tym razem do nadleśnictwa w Sulechowie. Miasteczka w którym było dużo punktów handlowych i dwa razy w tygodniu targ. Miałam duże mieszkanie w trzypiętrowym budynku. Nie było tylko łazienki. Mieliśmy dużą plastykową wannę, w której po dolaniu ciepłej wody kąpaliśmy się. Mieszkanie to szybko zamieniliśmy na równie duże lecz z łazienką. Było łatwiej utrzymać czystość.
Nadal wszystko było na kartki. Brakowało masła, które dokupywałam od rolników na targu. Kupiłam raz pół kilogramową kostkę masła. Po przyjściu do domu okazało się, że masło jest tylko z zewnątrz a w środku duża kostka białego sera. Pomyślałam tylko, że taki religijny naród a tak potrafi oszukiwać.
Z mamą i siostrą miałam już stały kontakt. Mama przysyłała ubranka dla dzieci. Ja również dostawała różne rzeczy, między innymi włóczkę. Stale robiłam swetry dla chłopców. Nawet jak stałam w kolejce za mięsem, to stojąc robiłam na drutach. Kolejka często ciągnęła się daleko na ulicę. Na święta można było kupić po jednej pomarańczy na osobę. Wszyscy, którzy mieli na podwórzu jakąkolwiek szopę na węgiel czy drzewo, hodowali prosiaki aby mieć więcej mięsa i tłuszczu. Ja też zapragnęłam mieć prosiaka. Nie mówiąc nic mężowi, wzięłam wózek, który nie był już Biniowi potrzebny i był bardzo zniszczony, poszłam na targ. Kupiłam małą świnię. Sprzedający rolnik zapakował zwierzaka do worka a worek położył do wózka. Mieliśmy szopę na opał a w niej mały kurnik. Tam wypuściłam
z worka prosiaka i zamknęłam drzwi. Gdy Witek przyszedł z pracy Wiesiu zaraz „zameldował”, że w kurniku jest świniak i zaproponował jego obejrzenie. Mąż spojrzał na mnie jak na wariata i powiedział: Boże, co ja z tobą mam – a następnie poszedł zobaczyć zakup. Skoro już tam był, zrobił zaraz przegrodę i już nic nie mówił. Nie wiedziałam jak prosiaka karmić. Żeby szybko rósł, karmiłam go szarym, tanim chlebem kupowanym w piekarni. Prosiak jadł bochenek chleba moczonego w wodzie dziennie. Podczas jednego z jesiennych wieczorów wiał silny wiatr. Pomyślałam, że prosiakowi jest zimno. Wstałam, wzięłam dziecięcy kocyk i poszłam go przykryć. Następnego dnia, gdy poszłam go karmić, koc był zniszczony, śmierdzący i brudny. Wyrzuciłam na śmietnik. Zauważyłam, że sąsiad chodzi do naszego chlewika i ogląda prosiaka, który był już dosyć duży. Miał tylko jakiś nietypowy wygląd, był bardzo mocno owłosiony. Bardziej wyglądał na barana. W końcu świnia zniknęła z chlewika. Podejrzewałam sąsiada i powiedziałam o tym mężowi. On na to, że nikt nie ukradł świni bo za darmo nikt takiego świniaka by nie wziął. Przyznał, że oddał go
jakiemuś rolnikowi. Później dowiedziałam się, ze przy odpowiednim żywieniu prosiak wyrósł na dorodną świnię. W tym czasie urodziłam w Zielonej Górze trzecie dziecko, dziewczynkę. Tak się cieszyłam z narodzin Joli , że zaraz gdy się o tym dowiedziałam zaczęłam krzyczeć z radości i klaskać. Na szpitalnym piętrze, każdy kto mógł, wstawał z łóżka i biegł na porodówkę zobaczyć co się stało. Lekarz powiedział, że stałą się cud – urodziła się dziewczynka. Miałam już troje dzieci, męża i prosiaka. Wiesiu i Zbyszek chodzili do przedszkola a ja znowuż oczekiwałam dziecka. Nie chciałam iść do szpitala. Trzeciego syna, Ryszarda, urodziłam w domu. Poród odbył się cicho z pomocą akuszerki. Nawet dzieci śpiące w drugim pokoju nic nie wiedziały. Tylko rano były bardzo zdziwione gdy zobaczyły, że mały chłopczyk leży przy mamie, na tapczanie. Będąc stale w domu, nie mogłam nauczyć się mówić dobrze po polsku. Wiesiu był tym bardzo zdziwiony. Zapytał: Jak to jest, że jestem taka stara a nie umiem mówić . Tłumaczyłam jak potrafiłam, że są różna narody
i różne języki. On słuchał, potem machnął ręką i poszedł na dwór.
Kolejny raz otrzymaliśmy przydział do nowego mieszkania. Tym, razem do spółdzielczego bloku. Dużo mieszkań budowano w tamtym okresie, ale zawsze było ich mało. Przydział nowych mieszkań odbywał się na zasadzie losowania. Moja rodzina, z uwagi na dużą ilość dzieci, otrzymała mieszkanie bez losowania. Mieszkanie było ładne lecz bez centralnego ogrzewania, trzeba było palić w piecach. W tym czasie dostałam także automatyczną pralkę. Pamiętam taniec radości, który wokół pralki wykonałam.. Dotąd, dla tak dużej rodziny prałam wszystko ręczne.
Mąż zaczął uzupełniać wykształcenie. Jeździł do Warszawy gdzie uzyskał dyplom ekonomisty. Wkrótce przeniesiono go na stanowisko dyrektora zakładów materiałów budowlanych. Przed tym awansem musiał zapisać się do partii komunistycznej. Najmłodszy syn, Ryszard, nie był jeszcze ochrzczony. Mąż bał się, że straci stanowisko. Źle się patrzało na tych co chodzili do kościoła. Witek zaproponował, że pojedzie do
sanatorium a ja w tym czasie ochrzczę Rysia. Chrzest był umówiony. Przyjechała mama męża i w niedzielę w kościele odbył się chrzest. Po powrocie z sanatorium mąż został wezwany do sekretarz partii, który zagroził zwolnieniem ze stanowiska „za ten czyn”. Witek bronił się mówiąc, że nic o chrzcie nie wiedział, był przecież poza domem. Żony, czyli mnie, też o to nie podejrzewał gdyż nie jestem katoliczką tylko ewangeliczką. Myślę, że jest to robota mojej matki – powiedział Witek. To tłumaczenie wystarczyło. Dano mężowi spokój.
Najstarszy syn chodził już do szkoły. Pewnego dnia powiedział, że muszę stawić się w szkole. Jako powód tego stanu rzeczy podał, że dzieci z jego klasy chcą mnie zobaczyć. Powiedział im, że jestem finką a oni chcą zobaczyć jak finka wygląda. Odmówiłam, mówiąc, że nie jestem na pokaz. Następnego dnia, cała klasa Wiesia przyszła do mnie. Syn poprosił abym wyszła na schody bo klasa chce mnie zobaczyć. Wyszłam. Zauważyłam rozczarowanie. Spodziewali się kogoś odmiennego od nich. Myślę, że wcześniej nie wiedzieli, że
istnieje taki kraj jak Finlandia stąd zainteresowanie moją osobą, moim wyglądem. Wkrótce potem zaczęłam pracować w sklepie tekstylnym. Nie wiem czy był to dobry pomysł aby przy czwórce dzieci podejmować pracę, ale mąż chciał więc go posłuchałam. Po roku dostałam pracę w księgowości. Była to dobra praca. Będąc tam zatrudniona, zaczęłam jednocześnie pracować w charakterze tłumaczki. Poprzez ambasadę fińską w Warszawie dotarto do mnie. Najprawdopodobniej byłam wówczas jedyną osobą w Polsce znającą jeżyk fiński. W ten oto sposób zaczęłam pracować dla różnych resortów i Centralnej Rady Związków Zawodowych.
Gdy do Polski przyjechał prezydent Finlandii Urho Kekkonen, dostałam telefoniczne zaproszenie na spotkanie z nim. Później, w całym mieście zaczęto mówić, że prezydent jest z mojej rodziny. Zaraz potem zwolniono mnie z pracy. Myślę, że Prezes obawiał się moich kontaktów, bał się, że mogę donosić o nieprawidłowościach w zakładzie. Nie było mi żal tej pracy gdyż zarobki tłumaczki były nieporównywalnie większe. Za dziesięć dni pracy
jako tłumaczka zarabiałam tyle co za miesiąc w zakładzie. Ponadto miałam więcej czasu dla dzieci, domu. Wiesiu nie chciał abym wyjeżdżała. Tłumaczyłam, że zarabiam na masło i chleb. On na to, że nie chce masła tylko chleb. W 1956r. zaistniała możliwość wyjazdu za granicę celem odwiedzenia rodziny. Złożyłam papiery na wyjazd z dziećmi do Finlandii. Mąż nawet nie próbował starać się o wyjazd, był przekonany, że takiej zgody nie dostanie. Musiałam złożyć pisemną gwarancję, że z dziećmi wrócę do Polski. Wyjazd był dla mnie ogromnym przeżycie. Po 12 latach mogłam ponownie zobaczyć mamę i siostrę. Pieniądze na podróż pożyczyliśmy. W samolocie, podczas lotu Rysiu koniecznie chciał iść do kabiny pilotów. Tłumaczyłam, że nie można. Aby wymusić zgodę, zaczął donośnie krzyczeć. Stewardesa zainteresowała się powodem płaczu-krzyku. Gdy dowiedziała się o co chodzi, wzięła go do kabiny. Tam pilot posadził go na kolanach i pozwolił trzymać ster. Potem Rysiu opowiadał, że to on pilotował samolot.
Finlandia w tym czasie (1956r) była biednym krajem. Naród musiał spłacać Związkowi Radzieckiemu długi wojenne. Siostra mieszkała w bardzo ładnym, wynajmowanym w domku jednorodzinnym mieszkaniu. Potem pojechaliśmy do mojej mamy. Ojczym, na którego mówiliśmy dziadek, czekał saniami na dworcu. Nie była to dobra pora do odwiedzin dla dzieci. Zima, mróz nie sprzyjała odwiedzinom. Dzieci przyzwyczajone były do cieplejszego klimatu. Po dwóch miesiącach wróciliśmy pociągiem do siostry. Namawiała mnie bym nie wracała do Polski. Mówiła, że dam sobie radę, że na jedno dziecko otrzymam duży zasiłek, że będę mogła dobrze żyć nie pracując. Jednocześnie w szkole podstawowej zagwarantowane są darmowe posiłki. Na pewno tutaj męża znajdziesz – mówiła moja mama - ale ojca dla dzieci już nie. Mąż dzwonił prawie każdego dnia. Prosiłam aby przyjechał. Niestety, powiedział, że nie może, że nie uzyska zgody na wyjazd. Najstarszy syn zaczął popłakiwać, że tęskni za tatusiem. W końcu zrozumiałam, że nie mogę zabierać dzieciom ojca. Wróciliśmy do Polski. Mąż
czekał na lotnisku. Dzieci rozpłakały się na jego widok.
Coraz częściej wyjeżdżałam do pracy w Warszawie. Z delegacjami jeździłam po całym kraju. Domem , pod moją nieobecność, zajmowała się wynajęta dziewczyna.
Lata mijały, mąż zaczął budować dom, dzieci kończyły szkoły. Wiesiu był już nauczycielem. Zakochał się w mieszkance miejscowości w której pracował. Otrzymał powołanie do wojska. Odprowadzałam go do pociągu. Martwiłam się o niego, nie wiedziałam jak sobie poradzi. Płakałam gdy wracałam do domu. Wydawało mi się, że więcej go nie zobaczę. Znajoma zapytała dlaczego płaczę. Odpowiedziałam tylko, że nie mam syna. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Poszła plotka , że syn zmarł. Z mężem byliśmy na przysiędze. Wkrótce potem Wiesiu przyjechał do domu. Witek był trochę zdziwiony, że w tak krótkim czasie otrzymał on urlop. Przez cały ten czas był u swojej dziewczyny. Po powrocie do jednostki otrzymał areszt za tzw samowolne oddalenie się z koszar. Okazało się, że z dwoma
kolegami otrzymał polecenie na wyjazd do innej jednostki celem odbycia kursu. Koledzy pojechali a Wiesiu zboczył do swojej ukochane. Oczywiście wszystko się wydało. Kary aresztu nie odbył. Została mu ona zawieszona. Po jakimś czasie przysłał list, że jego dziewczyna spodziewa się dziecka. Na formalności związane ze ślubem, przyjechała w asyście żołnierza z karabinem i zaraz wrócił do jednostki. Sam ślub odbył się już spokojnie. Dosyć mocno przeżyłam moment gdy wojska wkraczały do Czechosłowacji. Zbyszek był wówczas żołnierzem. Po dwóch tygodniach od momentu przekroczenia granicy z Czechosłowacją otrzymaliśmy od niego list pisany na kawałku kory : Jestem za granicą. Pozdrawiam. Zbyszek
W tym czasie wprowadziliśmy się do wybudowanego, choć jeszcze nie skończonego domu. Był ładny i wygodny. Właśnie do tego domu wrócił ubrany w cywilne ubranie Zbyszek. Ładnie i dorośle wyglądał. Wieczorem, gdy wszyscy siedzieliśmy w pokoju, mąż wypytywał go jak tam było. Najpierw coś opowiadał a potem zaczął
płakać. Witek przycisnął go do siebie, poklepał po ramieniu i powiedział : Nie musisz nic mówić. Więcej do tego tematu nie wracaliśmy
W Finlandii byłam jeszcze parę razy. Były to wyjazdy służbowe. W jednym przypadku zostałam dłużej. Pojechałam do mamy i z nią spędzałam czas. Po powrocie do domu zastałam męża ze złamaną nogą. Przewrócił się na śliskim parkiecie i stało się.
W domu było coraz gorzej z powodu braku pieniędzy. Wszystkie oszczędności pochłonęła budowa domu. Najmłodszy syn, Rysiu, uczył się w pomaturalnej szkole w Świebodzinie. Było mi go żal, bo nie mogłam mu zagwarantować wystarczających środków na utrzymanie. W tym samym czasie córka Jolanta, mimo dobrych wyników w nauce, nie dostała się na studia. Ukończyła pomaturalny kurs kreślarski i podjęła pracę w Geoprojekcie Zielona Góra. Tam poznała swojego przyszłego męża. W klatach osiemdziesiątych wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkają do dzisiaj. Nasilające się kłopoty finansowe zmusiły nas do sprzedaży domu i przeprowadzeniu się do Głogowa. Razem z nami przyjechał tylko Biniu. Rysiu, najmłodszy, pojechał na praktykę do Krakowa. Trochę pieniędzy, które mogłam mu dać wystarczyły na obiad i na bilet do kina z dziewczyną w której był zakochany.
W początkowym okresie pobytu w Głogowie zamieszkiwaliśmy w jednopokojowym mieszkaniu. Po roku czasu otrzymaliśmy trzypokojowe mieszkanie spółdzielcze z ciepłą wodą, centralnym ogrzewaniem, w którym mieszkam do chwili obecnej. To była nasza dziewiąta i ostatnia przeprowadzka. Biniu poszedł do pracy. W krótkim czasie wysłano go na kurs po którym otrzymał dobrą pensję. Szybko otrzymał mieszkanie, ożenił się w piękną dziewczyną. W krótkim czasie dorobili się samochodu. Rysiu ożenił się wcześnie z tym, że nie z dziewczyną z Krakowa. Zakochał się kolejny raz i z tą drugą miłością rozpoczął nowe życie.
Jola urodziła syna. Nie mogłam być przy niej gdy wróciła ze szpitala. Kolejny raz musiałam wyjechać do pracy. Przyjechała mama Leszka, męża Joli,
która w pierwszych dniach narodzin wnuka Pawełka była bardzo pomocna.
Wiesiu miał już dwóch synów, Roberta i Sebastiana. Ryszard syna Filipa. Biniu z Marylką córkę Elżbietę, która jest ich oczkiem w głowie a moją najukochańszą wnuczką.
Podczas pobytu w Zakopanem z grupą Finów otrzymałam telegram, że mąż jest w szpitalu. Natychmiast wróciłam do domu. Następnego dnia, rano, poszłam do szpitala. Mąż leżał w łóżku. Nie można było nawiązać z nim kontaktu. Lekarze nie potrafili postawić prawidłowej diagnozy. Po kilku dniach okazało się, że kamica nerkowa spowodowała niewydolność nerek. Nie było aparatury, którą można było oczyścić krew. Zawiozłam męża do Wrocławia, gdzie miał opiekę na wyższym poziomie. Tam, od lekarki dowiedziałam się, że nerki Witka są bardzo zniszczone i nie ma już ratunku. Po roku cierpień zmarł. Byłam przy nim gdy odszedł. Dyrektor szpitala zadzwonił do Zbyszka prosząc aby przyjechał po mnie. Przyjechał z Rysiem. Wracaliśmy razem. Pogrzeb Witka odbył się przy
obecności całej rodziny i licznych znajomych.
Po 32 latach bycia razem zostałam sama. Nie potrafiłam znaleźć się w nowej sytuacji.
Teraz gdy moje lata, dni, zbliżają się do końca dokucza mi samotność. Wprawdzie moje dzieci nie zostawiły mnie samej, odwiedzają mnie, ale to nie to samo gdy stale ktoś obok jest. Nie mogę od nich za wiele żądać ponieważ mają swoje rodziny. Gdyby teraz zapytać o cel życia, może dalekie echo odpowiedziałoby, że prawdą jest samotność, spokojna i cicha...
Moje wspomnienia cały czas żyją w moim pustym pokoju. Spisałam je dla moich kochanych dzieci. Bywało ciężko, ale zawsze Was i Waszego ojca bardzo kochałam - Mama
Grudzień 2009r.
Z WITKIEM.. WINOBRANIE ZIELONA GÓRA
Rok ???





Komentarze
Prześlij komentarz